Tłumacz języka chińskiego i angielskiego, Chinese language translator and interpreter, Polish language translator and interpreter

przekłady literatury
z chińskiego :: z angielskiego :: z esperanta :: publikacje :: chińskiego:: angielskiego&esperanto :: Polish poetry :: kontakt

printer.gif, 0 kB Wersja do druku

小团圆(部分)
张爱玲

[这是一个热情故事,
我想表达出爱情的万转千迴,
完全幻灭了之后也还有点什麼东西在。]

大考的早晨,那惨淡的心情大概只有军队作战前的黎明可以比拟,像“斯巴达克斯”*里奴隶起义的叛军在晨雾中遥望罗马大军摆阵,所有的战争片中最恐怖的一幕,因为完全是等待。
九莉快三十岁的时候在笔记簿上写道:“雨声潺潺,像住在溪边。宁愿天天下雨,以为你是因为下雨不来。”
过三十岁生日那天,夜里在床上看见洋台上的月光,水泥阑干像倒塌了的石碑横卧在那里,浴在晚唐的蓝色的月光中。一千多年前的月色,但是在她三十年已经太多了,墓碑一样沉重的压在心上。
但是她常想著,老了至少有一样好处,用不著考试了,不过仍旧一直做梦梦见大考,总是噩梦。
闹钟都已经闹过了,抽水马桶远远近近隆隆作声,比比与同班生隔著板壁,在枕上一问一答,互相口试,发问的声音很自然,但是一轮到自己回答,马上变成单薄悲哀的小嗓子,逐一报出骨头的名字,惨不忍闻。比比去年留级。
九莉洗了脸回到自己的小房间里,刚才忘了关台灯,乙字式小台灯在窗台上,乳黄色球形玻璃罩还亮著,映在清晨淡灰蓝色的海面上,不知怎么有一种妖异的感觉。她像给针扎了一下,立刻去捻灭了灯。她母亲是个学校迷,她们那时代是有中年妇女上小学的。把此地的章程研究了个透,宿舍只有台灯自备,特为给她在先施公司三块钱买了一只,宁可冒打碎的危险,装在箱子里带了来。欧战出洋去不成,只好改到香港,港币三对一,九莉也觉得这钱花得不值得。其实白花的也已经花了,最是一年补课,由牛津剑桥伦敦三家联合招考的监考人自己教,当然贵得吓死人。
“我先下去了。”她推开西部片酒排式半截百叶门,向比比说。
“你昨天什么时候睡的?”
“我睡得很早。”至少头脑清醒些。
比比在睡袋里掏摸著。她家里在香港住过,知道是亚热带气候,但还是寄了个睡袋来,因为她母亲怕她睡梦中把被窝掀掉了,受凉。她从睡袋理取出一盏灯来,还点得明晃晃的。
“你在被窝里看书?”九莉不懂,这里的宿舍又没有熄灯令。
“不是,昨天晚上冷。”当热水袋用。“嬷嬷要跳脚了,”她笑著说,捻灭了灯,仍旧倒扣在床头铁阑干上。“你预备好了?” 九莉摇头道:“我连笔记都不全。”
“你是真话还是不过这么说?”
“真的。”她看见比比脸上恐惧的微笑,立刻轻飘的说:“及格大概总及格的。”
但是比比知道她不是及格的事。
“我先下去了。”
她拿著钢笔墨水瓶笔记簿下楼。在这橡胶大王子女进的学校里,只有她没有自来水笔,总是一瓶墨水带来带去,非常瞩目。
管理宿舍的修女们在做弥撒,会客室里隔出半间经堂,在楼梯上就听得见喃喃的齐声念拉丁文,使人心里一阵平静,像一汪浅水,水滑如油,浮在呕吐前翻搅的心头,封住了,反而更想吐。修女们的浓可可茶炖好了等著,小厨房门口发出浓烈的香味。她加快脚步,跑下水门汀小楼梯。食堂在地下室。
今天人这么多,一进去先自心惊。几张仿中世纪僧寺粉红假大理石长桌,黑压压的差不多都坐满了。本地学生可以走读,但是有些小姐们还是住宿舍,环境清静,宜于读书。家里太热闹,每人有五六个母亲,都是一字并肩,姐妹相称,香港的大商家都是这样。女儿住读也仍旧三天两天接回去,不光是周末。但是今天全都来了,一个个花枝招展,人声嘈杂。安竹斯先生说的:“几个广东女孩子比几十个北方学生噪音更大。”
九莉像给针扎了一下。
“死啰!死啰!”赛梨坐在椅子上一颠一颠,齐眉的卷发也跟著一蹦一跳,缚著最新型的金色阔条纹塑胶束发带,身穿淡粉红薄呢旗袍,上面印著天蓝色小狗与降落伞。她个子并不小,胸部很发达,但是稚气可掬。“今天死定了!依丽莎白你怎么样?我是等著来攞命了!”
“死啰死啰”嚷成一片。两个槟榔嶼华侨一年生也跟著皱著眉跟著喊“死啰!死啰!”一个捻著胸前挂的小金十字架,捻得团团转,一个急得两手乱洒,但是总不及本港女孩子叫得实大声洪,而又毫无诚意,不会使人误会她们是真不得了。
“嗳,爱玛,讲点一八四八给我听,她们说安竹斯喜欢问一八四八,”赛梨说。
九莉又给针刺了一下。
地下室其实是底层。天气潮湿,山上房子石砌的地基特高,等于每一幢都站在一座假山上。就连这样,底层还是不住人,作汽车间。车间装修了一下,辟作食堂,排门大开,正对著海面。
九莉把墨水瓶等等搁在一张桌子上,拣了个面海的座位坐下。饱餐战饭,至少有力气写考卷——每人发一本蓝色簿面薄练习簿。她总要再去领两本,手不停挥写满三本,小指骨节上都磨破了。考英文她可以整本的背《失乐园》,背书谁也背不过中国人。但是外国人不提倡背书,要背要有个藉口,举得出理由来。要逼著教授给从来没给过的分数,叫他不给实在过意不去。
但是今天卷子上写些什么?
死囚吃了最后一餐,绑赴刑场总赶上大晴天,看热闹的特别多。
婀墜一面吃,一面弯著腰一面看腿上压著的一本大书。她是上海人,但是此地只有英文与广东话是通用的语言,大陆来的也都避免当众说国语或上海话,彷佛有什么瞒人的话,没礼貌。九莉只知道她姓孙,中文名字不知道。
她一抬头看见九莉,便道:“比比呢?”
“我下来的时候大概就快起来了。”
“今天我们谁也不等,”婀墜厉声说,俏丽的三角脸上一双吊梢眼,两鬓高吊 ,梳得虚笼笼的。
“车佬来了没有?”有人问。
茹璧匆匆走了进来,略一踌躇,才坐到这边桌上。大家都知道她是避免与剑妮一桌。这两个内地转学来的不交谈。九莉也只知道她们的英文名字。茹璧头发剪得很短,面如满月,白里透红,戴著金丝眼镜,胖大身材,经常一件二蓝布旗袍。剑妮是西北人,梳著两只辫子,端秀的鹅蛋脸,苍黄的皮肤使人想起风沙扑面,也是一身二蓝布袍,但是来了几个月之后,买了一件红白椒盐点子二蓝呢大衣,在户内也穿著,吃饭也不脱,自己讽刺的微笑著说:“穿著这件大衣就像维多利亚大学的学生,不穿这件大衣就不像维多利亚大学的学生。
”不久,大衣上也发出深浓的蒜味,挂在衣钩上都闻得见,来源非常神秘。修女们做的虽然是法国乡下菜,顾到多数人的避忌,并不搁蒜。剑妮也从来不自己买东西吃。
她虽然省俭,自己订了份报纸,宿舍只有英文《南华晨报》。茹璧也订了份报,每天放学回来都急于看报。剑妮有时候看得拍桌子,跳起来脚蹬在椅子上,一拍膝盖大声笑叹,也不知道是丢了还是收复了什么地方,听地名彷佛打到湖南了。她那动作声口倒像有些老先生们。她常说她父亲要她到这安静的环境里用心念书,也许是受她父亲的影响。
有一天散了学,九莉与比比懒得上楼去,在食堂里等著开饭。广东修女特瑞丝支著烫衣板在烫衣服。比比将花布茶壶棉套子戴在头上,权充拿破仑式军帽,手指著特瑞丝,唱吉尔柏作词,瑟利文作曲的歌剧:“大胆的小贱人,且慢妄想联姻。”( “Refrain, audacious tart, your suit from pressing.” )原文双关,不许她烫衣服,正磨著她上楼去点浴缸上的煤气炉子烧水。特瑞丝赶著她叫“阿比比,阿比比,”——此外只有修道院从孤儿院派来打杂的女孩子玛丽,她叫她“阿玛丽”——嘁嘁喳喳低声托比比代问茹璧可要她洗烫,她赚两个私房钱,用来买圣像画片,买衣料给小型圣母像做斗篷。她细高个子,脸黄黄的,戴著黑边眼镜。
比比告诉九莉她收集了许多画片。
“她快乐,”比比用卫护的口吻说。“她知道一切都有人照应,自己不用担心,进修道院不容易,要先付一笔嫁妆,她们是嫁给耶稣了。”
她催比比当场代问茹璧,但是终于上楼去向亨利嬷嬷要钥匙烧洗澡水。比比跟著也上去了。
九莉在看小说,无意中眼光掠过剑妮的报纸,她就笑著分了张给她,推了过来。
九莉有点不好意思,像誇口似的笑道:“我不看报,看报只看电影广告。”
剑妮微笑著没作声。
寂静中只听见楼上用法文锐声喊“特瑞丝嬷嬷”。食堂很大,灯光昏黄,餐桌上堆满了报纸。剑妮折叠著,拿错了一张,看了看,忽道: “这是汉奸报, ”抓著就撕。
茹璧站了起来,隔著张桌子把沉重的双臂伸过来,二蓝大褂袖口齐肘弯,衣服虽然宽大,看得出胸部鼓蓬蓬的。一张报两人扯来扯去,不过茹璧究竟慢了一步,已经嗤嗤一撕两半,九莉也慢了一步,就坐在旁边,事情发生得太快,一时不及吸收,连说的话都是说过了一会之后才听出来,就像闪电后隔了一个拍子才听见雷声。
“不许你诬蔑和平运动!”茹璧略有点嘶哑的男性化的喉咙,听著非常诧异。国语不错,但是听得出是外省人。大概她平时不大开口,而且多数人说外文的时候声音特别低。
“汉奸报!都是胡说八道!”
“是我的报,你敢撕!”
剑妮柳眉倒竖,对折再撕,厚些,一时撕不动,被茹璧扯了一半去。剑妮还在撕剩下的一半,茹璧像要动手打人,略一踌躇,三把两把,把一份报纸掳起来,抱著就走。
九莉把这一幕告诉了比比,由比比传了出去,不久婀墜又得到了消息,说茹璧是汪精卫的侄女,大家方才恍然。在香港,汪精卫的侄女远不及何东爵士的侄女重要,后者校中就有两个。但是婀墜是上海人,观点又不同些。茹璧常到她房里去玩。有一天九莉走过婀墜房门口,看见茹璧在她床上与赛梨扭打。茹璧有点男孩子气,喜欢角力。
这些板壁隔出来的小房间“一明两暗”,婀墜住著个暗间,因此经常勾起梁山半截门,敞亮透气些。九莉深夜走过,总看见婀墜在攻书,一只手托著一只骷髅,她像足球员球不离手,嘴里念念有词,身穿宝蓝缎子棉浴衣,披著头发,灯影里,背后站著一句骷髅标本,活像个女巫。
剑妮有个同乡常来看她,穿西装,偏于黑瘦矮小,戴著黑框眼镜,面容使人一看就马上需要忘到别处去,彷佛为了礼貌,就像是不作兴多看残废的人。剑妮说是她父亲的朋友。有一次他去后,亨利嬷嬷打趣,问“剑妮的魏先生走了?”剑妮在楼上回头一笑,道:“人家魏先生结了婚的,嬷嬷!”
亨利嬷嬷仍旧称他为“剑妮的魏先生”。此外只有个“婀墜的李先生”,婀墜与一个同班生等于订了婚。 剑妮到魏家去住了几星期,暂时走读。她说明魏先生的父母都在香港,老夫妇都非常喜欢她,做家乡菜给她吃,惯得她不得了。他们媳妇不知道是没出来还是回去了。
伺候隔些时就接去住,剑妮在宿舍里人缘不错,也没有人说什么。一住一个月,有点不好意思,说“家乡菜吃胖了。”
比比只说:“同乡对于她很重要。”西北固然是远,言外之意也是小地方的人。
九莉笑道:“她完全像张恨水小说里的人,打辫子,蓝布旗袍……”
比比在中国生长的,国产片与地方戏也看得很多,因也点头一笑。
张恨水小说的女主角住到魏家去却有点不安,那魏先生又长得那样,恐怕有阴谋。嬷嬷们也不知道作何感想?亨利嬷嬷人就照常取笑“剑妮的魏先生”。香港人对北方人本来视同化外,又不是她们的教民,管不了那么许多,况且他们又是世交。而且住在外面,究竟替宿舍省了几文膳食费,与三两天回家的本地女孩子一样受欢迎。只有九莉,连暑假都不回去,省下一笔旅费。去年路克嬷嬷就跟她说,宿舍不能为她一个人开著,可以带她回修道院,在修道院小雪教两课英文,供膳宿。当然也是因为她分数打破记录,但仍旧是个大情面。
还没搬到修道院去,有天下午亨利嬷嬷在楼下喊:“九莉!有客来找你。”
亨利嬷嬷陪著在食堂外倚著铁阑干谈话,原来是她母亲。九莉笑著上前低声教了声二婶。幸而亨利嬷嬷听不懂,不然更觉得他们这些人古怪。她因为伯父没有女儿,口头上算是过继给大房,所以叫二叔二婶,从小觉得潇洒大方,连她弟弟背后也跟著叫二叔二婶,她又跟著他称伯父母为大爷大妈,不叫爸爸妈妈。
亨利嬷嬷知道她父母离了婚的,但是天主教不承认离婚,所以不称盛太太,也不称小姐,没有称呼。
午后两三点钟的阳光里,她母亲看上去有点憔悴了,九莉吃了一惊。也许是改了发型的缘故,云鬓嵯峨,后面朝里卷著,显瘦。大概因为到她学校宿舍里来,穿得朴素点,湖绿蔴布衬衫,白帆布喇叭管长袴。她在这里是苦学生。
亨利嬷嬷也仿佛淡淡的。从前她母亲到她学校里来,她总是得意非凡。连教务长密斯程都也开了笑脸,没话找话说,取笑九莉丢三拉四 ,捏著喉咙学她说“我忘了。”她父亲只来过一次,还是在刘氏女学的时候。因为没进过学校,她母亲先把她送到这家熟人开的,母女三个,此外只请了一个老先生与一个陆先生。那天正上体操课,就在校园里,七大八小十来个女生,陆先生也不换衣服,只在黄柳布夹袍上套根黑丝袜,系著口哨挂在胸前,剪发齐肩,稀疏的前刘海,清秀的窄长脸,娇小身材,一手握著哨子,原地踏步,尖溜溜叫著“几夹右夹,几夹右夹。上海人说话快,“左右左右”改称“左脚右脚,左脚右脚。”九莉的父亲头戴英国人在热带惯戴的白色太阳盔,六角金丝眼镜,高个子,浅灰直罗长衫飘飘然,勾著头笑嘻嘻站在一边参观,站得太近了一点,有点不好意思。下了课陆先生也没过来应酬两句。九莉回去,他几次在烟铺上问长问短,含笑打听陆先生结了婚没有。
她母亲到她学校里来总是和三姑一块来,三姑虽然不美,也时髦出风头。比比不觉得九莉的母亲漂亮,不过九莉也从来没听见她说任何人漂亮。“像你母亲这典型的在香港很多,”她说。
的确她母亲在香港普通得多,因为像广东人杂种人。亨利嬷嬷就是所谓“澳门人”,中葡混血,漆黑的大眼睛,长睫毛,走路慢吞吞的,已经中年以后发福了。由于种族歧视,在宿舍里只坐第三把交椅。她领路进去参观,暑假中食堂空落落的,显得小了许多。九莉非常惋惜一个人都没有,没看见她母亲。
“上去看看,”亨利嬷嬷说,但是并没有一同上楼,大概是让她们单独谈话。
九莉没问哪天到的。总有好两天了,问,就像是说早没通知她。
“我跟项八小姐她们一块来的,”蕊秋说。“也是在牌桌上讲起来,说一块去吧。南西他们也要走。项八小姐是来玩玩的。都说一块走——好了!我说好吧! ”无可奈何的笑著。
九莉没问到哪里去,香港当然是路过。项八小姐也许不过是到香港来玩玩。南西夫妇不知道是不是到重庆去。许多人都要走。但是上海还没成为孤岛之前,蕊秋已经在闹著“困在这里一动也不能动。”九莉自己也是她泥足的原因之一,现在好容易走成了,欧战,叫她到哪里去呢?
事实是,问了也未见得告诉她,因为后来看上去同来的人也未见得都知道蕊秋的目的地,告诉了她怕 她无意中说出来。 在楼上,蕊秋只在房门口望了望,便道:“好了,我还要到别处去,想著顺便来看看你们宿舍。”
九莉也没问起三姑。
从食堂出来,亨利嬷嬷也送了出来。沥青小道开始斜坡了,通往下面的环山马路。两旁乳黄水泥阑干,太阳把蓝磁花盆里的红花晒成小黑拳头,又把海面晒褪了色,白苍苍的像汗湿了的旧蓝夏布。
“好了,那你明天来吧,你会乘公共汽车?”蕊秋用英文向九莉说。
亨利嬷嬷忽然想起来问:“你住在哪里?”
蕊秋略顿了顿道:“浅水湾饭店。”
“嗳,那地方很好,”亨利嬷嬷漫应著。
两人都声色不懂,九莉在旁边却奇窘,知道那是香港最贵的旅馆,她倒会装穷,占修道院的便宜,白住一夏天。
三人继续往下走。
“你怎么来的?”亨利嬷嬷搭讪著说。
“朋友的车子送我来的,”蕊秋说得很快,声音又轻,眼睛望到别处去,是撇过一边不提的口吻。
亨利嬷嬷一听,就站住了脚,没再往下送。
九莉怕跟亨利嬷嬷一块上去,明知她绝对不会对她说什么,但是自己多送几步,似乎也是应当的,因此继续跟著走。但是再往下走,就看得见马路了。车子停在这边看不见,但是对街有辆小汽车,当然也许是对门那家的。她也站住了。

Powrót do spisu

printer.gif, 0 kB Wersja do druku

Spotkanie (fragment)
Eileen Chang

 

To jest historia pewnego uczucia;
chcę w niej pokazać, jak zawiła jest miłości,
która, choć czar jej pryska, coś po sobie pozostawia jednak.

 

To ponure uczucie, jakie się ma o poranku w dzień ważnego egzaminu, przyrównać można chyba tylko do tego, co czują żołnierze o świcie tuż przed bitwą; niczym powstańcy pod wodzą Spartakusa we mgle porannej obserwujący, jak wojska rzymskie formują swe szyki w oddali – jest to najbardziej przerażająca odsłona całej wojny, gdyż jedyne, co można zrobić teraz, to czekać. Julia, mając blisko 30 lat, tak napisała w swoim notatniku: „Deszcz szumi z wolna, zda mi się jakbym mieszkała nad strumykiem. Chciałabym, aby deszcz padał codziennie, wydawało by mi się wtedy, że nie przychodzisz, bo pada deszcz.”

W swe trzydzieste urodziny leżała wieczorem na łóżku, wpatrzona w blask księżyca, którym oświetlony był balkon. Betonowa balustrada zdawała się leżeć niczym przewrócona stela pamiątkowa, skąpana w błękitnym świetle księżyca po zmroku. Ten blask liczył sobie tyle tysięcy lat, a dla niej lat trzydzieści to już było zbyt wiele; lata te niczym płyta nagrobkowa przytłaczały ją swym ciężarem.

Ale myślała sobie, że jak się zestarzeje, to przynajmniej będzie z tego jedna korzyść, bo nie będzie musiała podchodzić do egzaminów; chociaż z drugiej strony, każdy sen, w którym przyśni jej się ten ważny egzamin, będzie zawsze koszmarem. Budzik już zadzwonił, z bliska i daleka dochodziły gromkie odgłosy muszli klozetowych, niczym uczniów z jednej klasy, którzy przedzieleni ścianą, siedząc na poduszkach odpytują się nawzajem: pytanie – odpowiedź. Przy zadawaniu pytań, głos jest naturalny, ale kiedy przyjdzie kolej na udzielenie odpowiedzi, głos staje się nagle żałosny i stłamszony. Padają jedna po drugiej nazwy poszczególnych kości, ale tak beznadziejnie, że aż słuchać strach. Bibi rok temu nie zdała na kolejny semestr.

Julia umyła twarz i wróciła do swego pokoiku. Wychodząc, zostawiła włączoną lampkę nocną, która stała na parapecie wygięta jak litera „S”. Mlecznożółty okrągły szklany klosz lśnił jeszcze, a blask jego odbijał się w szaro-niebieskiej tafli oceanu. Julia czuła się tak jakoś dziwnie, ale nie wiedziała zupełnie dlaczego. Jakby coś ją ukuło, natychmiast zgasiła lampkę. Jej matka była miłośniczką szkoły – w tamtych czasach były jeszcze kobiety w średnim wieku, chodzące do szkoły podstawowej. Przestudiowawszy dokładnie tutejszy regulamin, doszła do wniosku, że w bursie samemu kupić trzeba tylko lampkę nocną – specjalnie kupiła więc jedną za trzy dolary w pierwszym chińskim domu towarowym w Hongkongu i przyniosła zapakowaną w karton, żeby się przypadkiem nie stłukła po drodze. W Europie wojna, więc wyjechać nie można było, został tylko Hongkong, kurs dolara hongkońskiego był trzy do jednego, Julia uważała jednak, że nie warto było wydawać takich pieniędzy. Ale pieniądze wyrzucone w błoto, to pieniądze już wyrzucone. Najdroższe były roczne korepetycje. Kursy korespondencyjne organizowane wspólnie przez trzy uniwersytety: Oxfordzki, Londyński i Cambridge były oczywiście o niebo droższe.

– Idę już – rzekła do Bibi, popychając żaluzjowe drzwiczki, sięgające ledwie do połowy wysokości, niczym wejścia do knajp w westernach.

– O której wczoraj zasnęłaś?

– Wcześnie – przynajmniej była przytomna.

Bibi sięgnęła do śpiwora. Jej rodzina mieszkała kiedyś w Hongkongu, domownicy dobrze wiedzieli więc, że to strefa tropikalna, a jednak wysłali jej śpiwór; jej matka bała się, że córka strąci pościel we śnie i się przeziębi. Bibi wyciągnęła ze śpiwora lampkę, która jeszcze świeciła bardzo jasnym światłem.

– Czytasz w pościeli? – Julia nie rozumiała, wszak w bursie nie było nakazu zaciemnienia.

– Nie. Wczorajszej nocy było chłodno – używała lampy jako termoforu. – Mama tupnęłaby nogą ze złości – zaśmiała się i wyłączyła lampkę, którą potem zahaczyła o żelazne zwieńczenie łóżka. – Jesteś przygotowana?

Julia potrząsnęła głową, mówiąc:

– Nawet nie mam pełnych notatek.

– Serio, czy tylko tak mówisz?

– Serio – odrzekła Julia, dostrzegając na twarzy Bibi uśmiech przerażenia, poczym dodała pogodnym tonem – Jak zdam to zdam.

Ale Bibi wiedziała, że to nie jest sprawa zdania egzaminu.

– Idę już.

Wzięła pióro, atrament, notatnik i zeszła po schodach. W tej szkole dla córek bogatych ojców, ona jedna nie posiadała wiecznego pióra, toteż zawsze nosiła przy sobie kałamarz, wzbudzając tym niemałe zaciekawienie.

Zarządzające bursą zakonnice właśnie odprawiały mszę. Salę gościnną przedzielono na pół, aby stworzyć kaplicę. Schodząc po schodach, Julia słyszała monotonne dźwięki łaciny, które ukoić potrafiły niepokój w sercu. Niczym płytka woda, co gładka jak olej unosi się w piersiach przed zwymiotowaniem; po jej zatamowaniu, chęć zwymiotowania staje się jeszcze silniejsza. Gęste kakao zakonnic już oczekiwało gorące, z wejścia do kuchni dochodził słodki zapach. Przyśpieszyła kroku i zbiegła małymi betonowymi schodkami. Stołówka mieściła się pod ziemią.

Tyle dzisiaj było ludzi, że aż dziw brał. Kilka długich stołów, przypominających te ze średniowiecznych klasztorów, choć wykonanych tutaj z różowego sztucznego marmuru, zaczerniło się niemal całkowicie. Studentki tej uczelni nie miały obowiązku mieszkania w bursie, mogły mieszkać w domu z rodzicami, niektóre jednak dziewczyny wybierały mimo to bursę, w której panowały sprzyjające nauce cisza i spokój. W domu było zbyt gwarno, każda miała po kilka mam, jak siostry nierozłącznych: jedna za wszystkie, wszystkie za jedną. Rodziny bogatych biznesmenów w Hongkongu tak właśnie wyglądały. Te studentki, które mieszkały w bursie, były jednak zabierane do domu co kilka dni i to nie tylko na weekendy. Ale dzisiaj przyszły wszystkie, wystrojone jak te lale. Rwetes panował niemiłosierny. Pan Andrzej powiedział kiedyś: „Kilka dziewczyn z Guangdongu[1] zrobi większy hałas niż kilkadziesiąt ich rówieśników z północy Chin.”   

Julia zrobiła minę, jakby ją coś w twarz ukuło.

– To już po mnie! To już po mnie! – Sara trzęsła się na krześle, a opadające na jej brwi loki, związane szeroką złotobarwną i plastikową klamrą najnowszego fasonu, skakały wraz z nią. Ubrana była w bladoróżową sukienkę z kaszmiru, na której nadrukowany był niebieski piesek ze spadochronem. Była nieniskiego wzrostu, z dobrze rozwiniętymi piersiami, ale zachowywała się infantylnie. – Dzisiaj to już po mnie – biadoliła dalej. – Elu, a ty jak? Ja tego nie przeżyję!

– Już po mnie! Już po mnie! – rozbrzmiewało wokół. Dwie Chinki pochodzące z malezyjskiego Penangu, studentki pierwszego roku, też marszcząc brwi krzyczały:

– To już po mnie! To już po mnie!

Jedna obracała w palcach przywieszony u szyi złoty krzyżyk, i to obracała w kółko nieustannie; druga wymachiwała bezładnie rękoma; nie były jednak tak głośne jak dziewczyny z Hongkongu i mniej szczere w tym co robiły. Nie przekonałyby nikogo, że są w kropce.

– Ej, Emma, powiedz mi coś o 1848. Podobno Andrzej lubi pytać o 1848 – rzekła Sara.

Julia ponownie zrobiła minę, jakby ją coś w twarz ukuło.

Pomieszczenie pod ziemią było w zasadzie parterem. W wilgotnym klimacie, budynki wznoszone na stokach gór mają wysokie fundamenty, każdy stoi więc jakby na sztucznym wzgórzu. Mimo tego jednak, na parterze nikt nie mieszka, urządza się tam pomieszczenia warsztatowe. Taki warsztat po niewielkiej przeróbce nadaje się na stołówkę. Drzwi wychodzą prosto na ocean.

Julia postawiła kałamarz na jednym ze stołów i zajęła miejsce, z którego roztaczał się widok na ocean. Porządny posiłek da przynajmniej siłę do napisania egzaminu.

Każda dostawała po jednym niebieskim zeszycie z miękką okładką. Julia jednak zawsze prosiła o dwa zeszyty więcej i zapisywała całe trzy zeszyty niemal nie odrywając pióra, aż obcierała jej się skóra na przegubie małego palca. Na egzamin z języka angielskiego mogła nauczyć się na pamięć całego „Raju utraconego”; w uczeniu się na pamięć Chińczycy są nie do pobicia. Ale obcokrajowcy nie uczą się książek na pamięć. Jeśli chcą się uczyć na pamięć, muszą mieć jakąś wymówkę, podać jakiś powód. U profesora trzeba było walczyć o ocenę, której nie przyznał; jak któraś nie walczyła, to miała czego żałować.

Ale co dzisiaj napisać na egzaminie?

Skazane na stracenie, spożywszy ostatni posiłek, podążą skrępowane na miejsce kaźni o poranku, a ciekawskiej gawiedzi wyjątkowo dziś wiele.

Edna jednocześnie jadła i kręciła się czytając ściskaną między nogami książkę. Była z Szanghaju, a tutaj tylko angielski i kantoński były wspólnymi językami komunikacji. Osoby z Kontynentu unikały też wypowiadania się publicznie w języku mandaryńskim czy szanghajskim, jak gdyby miały jakieś sekrety – nie było to zbyt uprzejme. Julia wiedziała tylko, że Edna ma na nazwisko Sun, jej chińskiego imienia nie znała.

Edna podniosła głowę i zobaczyła Julię.

– A Bibi? – spytała.

– Właśnie miała już wstawać, jak schodziłam.

– Dziś na nikogo nie czekamy – ucięła Edna. Miała dwoje skośnych oczu na ślicznej pociągłej twarzy, wysokie skronie i rozczesane luźno włosy.

– Cella przyszła? – spytała któraś.

Rubi weszła szybkim krokiem, poczym zawahała się nieco i usiadła przy tym stole. Wszystkie dobrze wiedziały, że unikała siadania z Jenny przy jednym stole. Obie, przeniesione z Kontynentu, nie rozmawiały ze sobą. Julia znała ich angielskie imiona. Rubi miała krótko przycięte włosy, okrągłą buzię, jasną różową cerę, nosiła okulary w metalowych oprawkach, była przy tym gruba i duża, często miała na sobie bladoniebieską sukienkę. Jenny była z północnego zachodu, miała dwa warkocze, szlachetną owalną twarz, jej śniada cera przywodziła na myśl smagającą po twarzy burzę piaskową; też ubierała się w bladoniebieską suknię, ale po kilku miesiącach pobytu, kupiła sobie bladoniebieski płaszcz wełniany w drobne biało czerwone groszki, który nosiła również w pomieszczeniu, nie zdejmowała go nawet do posiłku, sama mówiła żartobliwie:

– W tym ubraniu wyglądam jak studentka Uniwersytetu Wiktorii, bez niego nie wyglądam jak studentka Uniwersytetu Wiktorii.”

Nie trwało jednak długo jak płaszcz nasiąkł zapachem czosnku, nawet powieszony na haku, dawał o sobie znać. Skąd wziął się ten zapach, było wielką zagadką. Zakonnice, chociaż serwowały potrawy wsi francuskiej, od których wiele osób stroniło, nie dodawały czosnku. Jenny nigdy też nie kupowała sama niczego do jedzenia. 

Jenny, chociaż była oszczędna, sama zaprenumerowała jakąś gazetę. W bursie była tylko angielskojęzyczna „South China Morning Post”. Rubi też prenumerowała gazetę i każdego dnia po zajęciach niecierpliwiła się, żeby ją przeczytać. Jenny podczas czytania niekiedy stukała w stół, podskakiwała i stawała na krześle; raz uderzyła się w kolana i wybuchła donośnym śmiechem; nie sposób się jednak było zorientować, czy stracono czy też odzyskano jakiś obszar, wnioskując po nazwach miejscowości, chodziło wtedy chyba o prowincję Hunan. Jej ruchy i ton głosu przypominały zachowanie starszych panów. Często powtarzała, że jej ojciec przysłał ją do tego spokojnego miejsca, aby się pilnie uczyła – chyba wywierał na nią duży wpływ.

Pewnego razu po zajęciach, Julia i Bibi czekały obiadu siedząc na stołówce, bo nie chciało im się wchodzić na górę. Teresa, zakonnica z Guangdongu, właśnie prasowała ubrania na desce. Bibi włożyła sobie na głowę szmatkę używaną do chwytania czajnika, która to spełniała chwilowo rolę kapelusza à la Napoleon. Tak ucharakteryzowana, wskazując palcem na Teresę, śpiewała fragment arii autorstwa Gilberta i Sullivana: „Refrain, audacious tar, your suit form pressing” [2]. Tekst ten ma podwójne znaczenie. Nie pozwoliła Teresie prasować, zmuszając ją, aby poszła na górę włączyć piec gazowy nad wanną i zagrzała wodę. Teresa, dopadając jej, krzyczała:

– Bibi, Bibuniu – poza nią tylko do przyjętej z sierocińca i wychowanej w klasztorze Marii Teresa zwracała się zdrobniale „Marysiu”. Zgiełkliwym głosem poleciła Bibi, aby ta przekazała Rubi, że ona sama musi tutaj najpierw skończyć prasowanie. Zarabiała trochę własnych pieniędzy, za które kupowała obrazy świętych, kupiła też kawałek materiału, aby wykonać pelerynę dla figurki Matki Najświętszej. Była szczupła i wysoka, miała pożółkłą twarz i nosiła okulary w czarnych oprawkach. Bibi powiedziała Julii, że Teresa zgromadziła bardzo dużo obrazów.

– Szczęściara – mówiła Bibi przysłaniając usta ręką. – Wie, że ktoś inny wszystkiego dogląda, sama nie musi się o nic martwić. Niełatwo jest się dostać do klasztoru, trzeba najpierw wpłacić posag: one wychodzą za mąż za Jezusa, ot co.

Teresa ponaglała Bibi, aby ta natychmiast poszła poinformować Rubi, ale koniec końców sama poszła na górę do matki Henriety po klucze, żeby podgrzać wodę do kąpieli. Bibi poszła za nią. 

Julia czytała właśnie powieść, kiedy nieopatrznie zerknęła na gazetę, czytaną przez Jenny. Jenny uśmiechnęła się i wyjąwszy jedną kartkę, podała ją Julii. Julia poczuła się trochę nieswojo i odrzekła z przechwalczym uśmiechem:

– Ja nie czytam gazet, no chyba że najwyżej repertuar kin.

Jenny uśmiechnęła się, ale nie powiedziała nic.

Naokoło panowała cisza, w której dało się jedynie słyszeć, jak ktoś u góry krzyczy po francusku „Matko Tereso!”. Jadalnia była duża, a światło niezbyt jasne. Na stole leżał stos gazet. Szperając w nim Jenny wyciągnęła niewłaściwą gazetę, poczytała chwilę i ni stąd ni zowąd wykrzyknęła nagle:

– To gazeta zdrajców! – po czym zaczęła ją drzeć.

Rubi podniosła się z krzesła i wyciągnęła swe ciężkie ramiona w poprzek całego stołu, bladoniebieskie mankiety rękawów sięgały jej teraz do łokci. Choć sukienkę miała szeroką, jej piersi zaczęły lekko przebijać przez tkaninę. Obie szarpały jedną gazetę, ale Rubi spóźniła się trochę, gazeta była już przedarta na pół, Julia też nie zdążyła, siedziała więc tylko z boku. Wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Nie było nawet kiedy wziąć oddechu, a wypowiedziane słowa dopiero po pewnym czasie od ich wypowiedzenia dały się usłyszeć. Niczym grzmot, który słychać dopiero w jakiś czas po pojawieniu się błyskawicy.

– Nie pozwolę ci obrażać ruchu na rzecz pokoju! – Rubi miała nieco szorstki, męski głos. Dziwnie się go słuchało. Mówiła dobrze po mandaryńsku, ale słychać było, że pochodziła z innej prowincji. Zazwyczaj się nie odzywała, poza tym wiele osób mówiących obcym językiem bardzo przycisza głos.

– Gazeta zdrajców! Same bzdury!

– To moja gazeta, jak śmiesz ją rwać!

Jenny zmarszczyła zgniewane brwi, rozrywając dalej gazetę, która, grubsza nieco, nie dawała się łatwo rwać. Rubi zatrzymała rozrywanie w połowie. Jenny porwała jednak pozostałą połowę. Rubi chciała ją uderzyć, ale zawahała się chwilę; zamachnęła się kilka razy, po czym wzięła jedną gazetę pod pachę i wyszła.  

Julia powiedziała Bibi, o tym co zaszło, a Bibi rozniosła wieści. Wkrótce dowiedziała się o tym również Edna, która powiedziała, że Rubi jest wnuczką Wang Jingwei’a[3]; wtedy wszystko stało się jasne. W Hongkongu, wnuczka Wang Jingwei’a znaczyła znacznie mniej niż wnuczka Ho Tunga, miejscowego milionera – a były w tej szkole dwie takie. Edna była jednak szanghajką i miała inny punkt widzenia. Rubi często przychodziła do jej pokoju. Pewnego razu Julia, przechodząc obok, widziała jak Rubi siłuje się na łóżku z Sarą. Rubi miała w sobie coś z mężczyzny, lubiła się bić. 

To były małe pokoiki przedzielone płytą, z których jeden na trzy miał okno. Edna mieszkała w pokoju bez okna, dlatego zostawiała często uchylone drzwi, aby wpuścić trochę światła i świeżego powietrza. Kiedy Julia mijała jej pokój nocą, widziała jak siedzi nad książką w jednej ręce trzymając czaszkę. Nie wypuszczała jej z dłoni, niczym piłkarz niedający sobie odebrać piłki, i powtarzała coś na głos. Ubrana była w jaskrawoniebieski szlafrok bawełniany z adamaszku, włosy miała związane. W cieniu lampy za jej plecami stał model szkieletu człowieka, żywy niczym upiór. Do Edny przychodził często w odwiedziny jej krajan: w garniturze, raczej szczupły i niski, w okularach z czarnymi oprawkami. A wyraz twarzy miał taki, że wystarczyło jedno spojrzenie, aby pojawiła się chęć, by jak najprędzej o nim zapomnieć lub czym prędzej pójść sobie dokądkolwiek indziej – to tak jakby przez grzeczność, która wymaga, by nie przyglądać się zbyt uważnie kalekom. Jenny mówiła, że to znajomy ojca. Pewnego razu, kiedy już wyszedł matka Henrieta zażartowała:

– Pan Wei znowu przyszedł do Jenny.

Jenny będąc już na piętrze, odwróciła się i z uśmiechem odrzekła:

– Ten pan Wei jest żonaty, matko!

Matka Henrieta mówiła na niego „pan Wei, co przychodzi do Jenny”. Oprócz niego, był jeszcze „pan Li, co przychodzi do Edny”. Edna w zasadzie już się zaręczyła z jednym ze studentów ze swojej grupy.

Jenny mieszkała u rodziny Wei’a przez kilka miesięcy. Powiedziała nam, że rodzice Wei’a mieszkają w Hongkongu i że bardzo ją lubią. Serwują jej rodzimą kuchnię, po porostu ją rozpuszczają. A ich synowa niewiadomo, czy jeszcze nie wyjechała z Chin czy już wróciła.

Brali ją do siebie raz co jakiś czas. Jenny miała dobre stosunki w bursie, nikt więc nic nie mówił. Raz mieszkała u nich przez miesiąc. Czuła się trochę nieswojo, powiedziała nam, że „utyła od rodzimych potraw”.

– Krajanie są dla niej bardzo ważni – mówiła wciąż Bibi. Północny zachód to oczywiście bardzo odległy rejon, ale w podtekście znaczyło to, że Jenny pochodziła z małej miejscowości. 

– Jest całkiem taka jak postacie z powieści Zhang Henshui’a, z warkoczem i w niebieskiej sukience… – mówiła Julia.

Bibi wychowała się w Chinach, widziała wiele krajowych filmów i oper lokalnych, więc przytaknęła skinięciem głowy.

Pomieszkiwanie bohaterki powieści Zhang Henshui’a w domu państwa Wei’ów wzbudzało jednak niepokój. Ten pan Wei też wyglądał, jak wyglądał; kto wie, może miał jakieś niecne zamiary. Zakonnice też nie bardzo wiedziały, co o tym myśleć. Tylko matka Henrieta jak zawsze żartowała, że to „pan Wei, co przychodzi do Jenny”. Mieszkańcy Hongkongu nie postrzegali Chińczyków z północy jako swoich, w dodatku ci z północy nie wyznawali tej samej wiary[4]. Nikt się więc tu za bardzo nie przejmował, zwłaszcza że to była wielopokoleniowa znajomość. Poza tym dzięki temu że mieszkała poza bursą, pozwalała zaoszczędzić kilka dolarów na posiłkach, co było równie mile widziane jak kilkudniowy pobyt miejscowych dziewcząt w rodzinnym domu.

Julia jako jedyna nie wracała nawet na wakacje, chcąc zaoszczędzić na bilecie. W zeszłym roku matka Łucja powiedziała jej, że bursa nie może być otwarta tylko dla niej jednej, więc zabierze ją do klasztoru. Dwie lekcje angielskiego w przyklasztornej szkole dla dzieci zapewnią jej wikt i dach nad głową. Oczywiście stało się tak dlatego, że Julia miała nadzwyczaj dobre wyniki w nauce, lecz mimo wszystko było to jednak bardzo wzruszające.

Jeszcze zanim przeniosła się do klasztoru, pewnego dnia po południu matka Henrieta krzyknęła z dołu:

– Julia! Masz gościa.

Matka Henrieta rozmawiała z kimś, opierając się o żelazną balustradę przed stołówką. A tym kimś była matka Julii. Dziewczyna ruszyła z uśmiechem przed siebie, cichym głosem wołając:

– Stryjenka!

Całe szczęście, że matka Henrieta tego nie rozumiała, inaczej pomyślałaby sobie, że ma do czynienia z pomyleńcami. Ponieważ stryj, starszy od ojca, nie miał córki, w takiej sytuacji przyjęte było, że starszy brat umownie adoptuje córkę młodszego, stąd też mówiła na swoich rodziców „stryjek” i „stryjenka”. Od małego wydawało jej się to naturalne i grzeczne. Nawet jej młodszy brat za jej przykładem mówił do rodziców „stryjku” i „stryjenko”. Ona zaś, biorąc przykład z brata, na starszego brata swego rodzonego ojca i jego żonę mówiła „starszy stryjek” i „starsza stryjenka”, nie nazywała ich mamą i tatą.

Matka Henrieta wiedziała, że mama Julii była rozwiedziona, ale kościół katolicki nie uznaje rozwodów, tak więc nie nazywała ją panią Sheng ani panną, w ogóle jej nie nazywała.

Była to druga czy trzecia godzina; w blasku popołudniowego słońca jej matka wypadała raczej blado, co bardzo zdziwiło Julię. Może to z powodu zmiany fryzury: jej gęste włosy uniesione były wysoko, jej tylny profil zdał się zapadać do środka, wyglądała mizernie. Pewnie też dlatego że przyjechała do niej do bursy, ubrała się skromniej w turkusową koszulę z lnu i płócienne spodnie z dzwonami. Przecież ona się tutaj biedna zmaga z trudami nauki.

Matka Henrieta też nie wyglądała rumiano.

Kiedy ją matka wcześniej odwiedzała w szkole, była zawsze nieprzeciętnie pewna siebie. Uśmiechała się nawet do panny Cheng, która była dziekanem. Mówiła byle co, aby tylko mówić, naśmiewała się z nieporadności Julii; uciskając gardło, naśladowała Julię mówiącą: „Zapomniałam”. Jej ojciec przyjechał tylko raz. Było to jeszcze wtedy, gdy chodziła do szkoły pana Liu. Nie dostała się do szkoły, więc matka wysłała ją do placówki otwartej przez znajomego. Prowadzili tę szkołę on, jego żona i córka – w trójkę; poza tym zatrudniali tylko pana Lao i pana Lu. Właśnie była lekcja WF-u na dziedzińcu szkoły. Brało w niej udział kilkanaście dziewcząt w różnym wieku. Pan Lu nie był przebrany, ubrał tylko czarne rajtuzy do pomarszczonej żółtej togi z wikliny. Przywiązany gwizdek zwisał mu na piersiach, włosy sięgały ramion, choć grzywkę miał rzadką. Jego twarz była pociągła i przystojna, postury był niskiej i wdzięcznej. Trzymając gwizdek w jednej ręce markował tempo, ostrym głosem wykrzykując:

– Lew’ noga, praw’ noga! Lew’ noga, praw’ noga!

Szanghajczycy mówią szybko, a „lewa, prawa; lewa, prawa” zmieniają na „lewa noga, prawa noga; lewa noga, prawa noga”.

Ojciec Julii miał na głowie hełm safari jaki zwykli nosić Anglicy w strefie tropikalnej, a na nosie sześciokątne druciane okulary. Był wysoki. Ubrany w luźną jasnoszarą koszulę. Stał ze spuszczoną głową na boku, coraz to spoglądając i śmiejąc się. Nie wypadało stać zbyt blisko. Po zakończeniu lekcji, pan Lu nawet nie podszedł, żeby zamienić dwa słowa. Julia, kiedy już opuściła szkołę, często wypytywała o niego w sklepie z papierosami, z uśmiechem pytała czy pan Lu się już ożenił.

Jej matka, kiedy ją odwiedzała w szkole, zawsze przyjeżdżała w towarzystwie ciotki – siostry ojca. Ciotka chociaż nie była urodziwa, to jednak stroiła się modnie. Zdaniem Bibi matka Julii nie była ładna, ale Julia nigdy też nie słyszała, aby Bibi jakąkolwiek osobę nazwała ładną.

– Takich przeciętnych jak twoja matka, to w Hongkongu jest na pęczki – mówiła. W rzeczy samej, na tle Hongkongu wyglądała przeciętnie, bowiem tutaj jak i w Guangdongu ludzie są mocno wymieszani. Matka Henrieta to właśnie tzw. „Makanka”, mieszanka krwi chińskiej i portugalskiej, duże czarne oczy i długie rzęsy, a przy tym niezwykle wolny chód; no i już w średnim wieku nabrała ciała. Z powodu panujących uprzedzeń rasowych, zajmowała tylko trzecie miejsce w hierarchii bursy.

Weszła pierwsza do środka.

Podczas wakacji jadalnia świeciła pustkami i zdawała się jakby mniejsza. Julii było smutno, że nikogo nie ma, swej matki nie liczyła.

– Chodźmy zobaczyć na górę – powiedziała matka Henrieta, ale nie weszły razem po schodach. Zostawiła ich chyba, żeby mogły ze sobą porozmawiać w cztery oczy.

Julia spytała matkę kiedy ta przyjechała. W sumie to już dwa dni temu. Takie pytanie, to tak naprawdę zażalenie, że nie dała jej znać wcześniej.

– Przyjechałam razem z panią Xiang Ba – rzekła Ruiqiu. – Zmówiłyśmy się przy stole i postanowiłyśmy wyruszyć razem. Nancy też chciała jechać. Xiang Ba przyjechała na wycieczkę. Wszystkie chciałyśmy jechać razem, no to dobra! Zgodziłam się – powiedziawszy to, uśmiechnęła się bezradnie.

Julia nie spytała dokąd jechały, Hongkong był oczywiście tylko przystankiem po drodze. Pani Xiang Ba być może przyjechała tylko na wycieczkę do Hongkongu. Nancy z mężem pewnie jedzie do Chongqingu. Wiele osób chce jechać. Ale zanim jeszcze Szanghaj stał się osamotnioną wyspą, Ruiqiu już alarmowała, że „zostać tutaj to potem ani w te ani we wte”. Julia też była jej jedną z kul u nogi; kiedy już mogła się od niej uwolnić, to wybuchła wojna w Europie, i gdzie miała ją posłać? Choć w rzeczy samej to nie było też i po co pytać, bo nie wiadomo czyby odpowiedziała; przecież osoby, z którymi przyjechała, niekoniecznie też musiały od razu wiedzieć dokąd jechała; jeśliby jej miała teraz powiedzieć, to ta mogłaby się przez nieuwagę wygadać.

Będąc na górze, Ruiqiu tylko spojrzała przez drzwi do pokoju.

– No dobra – powiedziała – muszę jeszcze odwiedzić inne miejsce, pomyślałam tylko, że po drodze wpadnę zobaczyć waszą bursę.

Julia nie spytała nawet o ciotkę, siostrę ojca.

Matka Henrieta też wyszła odprowadzić mamę Julii. Wyasfaltowana ścieżka zaczynała opadać w dół, łącząc się z ulicą, która obiegała wzgórze. Po obu stronach stały mleczno-żółte balustrady z betonu. Czerwone kwiatki w niebieskich doniczkach z porcelany wyprażyło słońce na czarne kuleczki, tafla morza też pobladła od jego blasku i przypominała wilgotną od potu i wyblakłą od starości niebieską ścierkę z ramii.

– No dobra, to przyjdź jutro, wiesz jak dojechać autobusem? – Ruiqiu spytała Julię po angielsku.

– A gdzie pani mieszka? – nagle się przypomniało matce Henriecie, aby zapytać.

– W Repulse Bay Hotel – wystękała Ruiqiu.

– O, to bardzo dobre miejsce – odrzekła mimowolnie matka Henrieta.

Obie nie dały po sobie niczego poznać. Przysłuchująca się temu Julia, poczuła jednak zakłopotanie: wiedziała, że to najdroższy hotel w Hongkongu, a ona jeszcze udawała biedulkę, chciała naciągnąć klasztor i mieszkać przez całe lato na próżno.

Wszystkie trzy schodziły w dół.

– Czym pani przyjechała – zagaiła matka Henrieta.

– Znajomi mnie podwieźli – Ruiqiu odpowiedziała szybko i cicho, odwracając wzrok w inną stronę, aby nie poruszać tego tematu.

Słysząc to, matka Henrieta zatrzymała się i nie szła już dalej.

Julia bała się wracać z Henrietą, wiedziała bowiem dobrze, że się do niej nie odezwie. Postanowiła więc odprowadzić mamę jeszcze parę kroków, tak jakby jej wypadało tak postąpić, dlatego też szła z nią dalej. Ale idąc tak, wnet doszły do ulicy. Nie było widać, żeby stał tu jakiś samochód, ale po przeciwnej stronie drogi stały dwa auta, choć całkiem możliwe, że należały do tych, co tam po przeciwnej stronie mieszkają. Zatrzymała się.



[1] Obszar Hongkongu należał do prowincji Guangdong, zanim stał się kolonią brytyjską. Hongkong był więc i jest kulturowo częścią Guangdongu mimo granicy, jaka oddziela go od prowincji Guangdong (przyp. tłum.).

[2] W oryginale powieści jest błąd w cytacie: powinno być „tar” zamiast „tart”. „Tar” znaczy nie tylko „smoła” ale również „żeglarz”.  Natomiast „suit” znaczy zarówno „zaloty” jak i „strój”, a  „pressing” to albo „prasowanie” albo „naciskanie”. Fragment ten można więc przetłumaczyć: „Powstrzymaj się, hardy żeglarzu, od zapalczywych zalotów swych”, albo „Powstrzymaj się, harda smoło, od prasowania stroju swego”. W pierwotnej wersji, chodzi oczywiście o żeglarza:

 

Refrain, audacious tar,
Your suit from pressing,
Remember what you are,
And whom addressing!

 

[Darujże sobie zalotny ten gest,

Wszak tyś niecny jest marynarz;

Nie zapominaj wtedy, kimżeś jest,

Ani z kim ty tu zaczynasz!]

(przyp. tłum.).

 

[3] Wang Jingwei – polityk znany m. in. z utworzenia podczas wojny kolaborującego z Japończykami  rządu w Nankinie.

[4] Na północnym zachodzie Chin dominuje islam (przyp. tłum).

Przekład: Jarek Zawadzki

Powrót do spisu

Strona powitalnaMapa witrynyPolish Poetry in EnglishEnglishEsperantoChinese 波兰中文E-mailKuchnia chińska

Designed by Jarek Zawadzki jz[æt]tlumacz-chinskiego.pl Tłumaczenia języka chińskiego