Tłumacz języka chińskiego i angielskiego, Chinese language translator and interpreter, Polish language translator and interpreter

przekłady literatury
z chińskiego :: z angielskiego :: z esperanta :: publikacje :: chińskiego:: angielskiego&esperanto :: Polish poetry :: kontakt

printer.gif, 0 kB Wersja do druku

連城訣 金庸

一 乡下人进城
部分

托!托托托!托!托托!

两柄木剑挥舞交斗,相互撞击,发出托托之声。有时相隔良久而无声息,有时撞击之声密如联珠,连绵不绝。

那是在湘西沅陵南郊的麻溪乡下,三间小屋之前,晒谷场上,一对青年男女手持木剑,正在比试。

屋前矮凳上坐着一个老头儿,嘴里咬着一根短短的旱烟管,手中正在打草鞋,偶而抬起头来,向这对青年男女瞧上一眼,嘴角边微微含笑,意示嘉许。淡淡阳光穿过他口中喷出来的一缕缕青烟,照在他满头白发、满脸皱纹之上,但他向吞吐伸缩的两柄木剑瞥上一眼时,眼中神光炯然,凛凛有威,看来他的年纪其实也并不很老,似乎五十岁也还不到。

那少女十七八岁年纪,圆圆的脸蛋,一双大眼黑溜溜的,这时累得额头见汗,左颊上一条汗水流了下来,直流到颈中。她伸左手衣袖擦了擦,脸上红得象屋檐下挂着的一串串红辣椒。那青年比她大着两三岁,长脸黝黑,颧骨微高,粗手大脚,那是湘西乡下常见的庄稼少年汉子,手中一柄木剑倒使得颇为灵动。

突然间那青年手中木剑自左上方斜劈向下,跟着向后挺剑刺出,更不回头。那少女低头避过,木剑连刺,来势劲急。那青年退了两步,木剑大开大阖,一声吆喝,横削三剑。那少女抵挡不住,突然收剑站住,竟不招架,娇嗔道:“算你厉害,成不成?把我砍死了罢!”

那青年没料到她竟会突然收剑不架,这第三剑眼见便要削上她腰间,一惊之下,急忙收招,只是去势太强,扑的一声,剑身竟打中了自己左手手背,“啊哟”一声,叫了出来。那少女拍手叫好,笑道:“羞也不羞?你手中拿的若是真剑,这只手还在吗?”

那青年一张黑脸黑里泛红,说道:“我怕削到你身上,这才不小心碰到自己。若是真的拚斗,人家肯让你么?师父,你倒评评这个理看。”说到最后这句话时,面向老者。

那老者提着半截草鞋,站起身来,说道:“你两个先前五十几招拆得还可以,后面这几招,可简直不成话了。”从少女手中接过木剑,挥剑作斜劈之势,说道:“这一招’哥翁喊上来’,跟着一招’是横不敢过’,那就应当横削,不可直刺。阿芳,你这两招是’忽听喷惊风,连山若布逃’,剑势该象一匹布那样逃了开去。阿云这两招’落泥招大姐,马命风小小’倒使得不错。不过招法既然叫做’风小小’,你出力地使剑,那就不对了。咱们这一套剑法,是武林中大大有名的’躺尸剑法’,每一招出去,都要敌人躺下成为一具死尸。自己人比划喂招虽不能这么当真,但’躺尸’二字,总是要时时刻刻记在心里的。”

那少女道:“爹,咱们的剑法很好,可是这名字实在不大……不大好听,躺尸剑法,听着就叫人害怕。”

那老者道:“听着叫人害怕,那才威风哪。敌人还没动手,先就心惊胆战,便已输了三分。”他手持木剑,将适才这六招重新演了一遍。只见他剑招凝重,轻重进退,俱是狠辣异常,那一双青年男女瞧得心下佩服,拍起手来。那老者将木剑还给少女,说道:“你两个再练一遍。阿芳别闹着玩,刚才师哥若不是让你,你小命儿还在么?”

那少女伸了伸舌头,突然间一剑刺出,迅捷之极。那青年不及防备,急忙回剑招架,但被那少女占了机先,连连抢攻,那青年一时之间竟没法扳回。眼见败局已成,忽然东北角上马蹄声响,一乘马快奔而来。

那青年回头道:“是谁来啦?”那少女喝道:“打败了,别赖皮!谁来了跟你有甚相干?”刷刷刷又是连攻三剑。那青年奋力抵挡,怒道:“你道我怕了你不成?”那少女笑道:“你嘴上不怕心里怕。”左刺一剑,右刺一剑,两招去势极是灵动。

其时马上乘客已勒住了马,大声叫道:“‘天花落不尽,处处鸟衔飞!’妙啊!”

那少女“咦”的一声,向后跳开,向那乘客打量,只见他约莫二十三四岁年纪,服饰考究,是城里有钱人家子弟的打扮,不禁脸上一红,轻声道:“爹,他……怎么知道?”

那老者听得马上乘客说出女儿这两招剑法的名称,心下也感诧异,正待相询。那乘客已滚鞍下马,上前抱拳说道:“请问老丈,麻溪铺有一位剑术名家,’铁索横江’戚长发戚老爷子,他住在哪里?”那老者道:“我便是戚长发。什么’剑术名家’,那可是万万不敢当了。大爷寻我作甚?”

那青年壮士拜倒在地,说道:“晚辈卜垣,跟戚师叔磕头。晚辈奉家师之命,特来叩见。”戚长发道:“不敢当,不敢当!”伸手扶起,双臂微运内劲。卜垣只感半身酸麻,脸上一红,道:“戚师叔考较晚辈起来啦,一见面便叫晚辈出丑。”

戚长发笑道:“你内功还差着点儿。你是万师哥的第几弟子?”卜垣脸上又是一红,道:“晚辈是师父第五个不成材的弟子。师父他老人家日常称老戚师叔内功深厚,怎么拿晚辈喂起招来啦!”戚长发哈哈大笑,道:“万师哥好?我们老兄弟十几年不见啦。”卜垣道:“托你老人家福,师父安好。这两位师哥师姊,是你老人家高足吧?剑法真高!”

戚长发招招手,道:“阿云,阿芳,过来见过卜师哥。这是我的光杆儿徒弟狄云,这是我的光杆儿女儿阿芳。嘿,乡下姑娘,便这么不大方,都是自己一家人,怕什么丑了?”

戚芳躲在狄云背后,也不见礼,只点头笑了笑。狄云道:“卜师兄,你练的剑法跟我们的都是一路,是吗?不然怎么一见便认出了师妹剑招。”

戚长发“呸”的一声,在地下吐了口痰,说道:“你师父跟他师父同门学艺,学的自然是一路剑法了,那还用问?”

卜垣打开马鞍旁的布囊,取出一个包袱,双手奉上,说道:“戚师叔,师父说一点儿薄礼,请师叔赏面收下。”戚长发谢了,便叫女儿收了。

戚芳拿到房中,打开包袱,见是一件锦缎面羊皮袍子,一只汉玉腕镯,一顶毡帽,一件黑呢马褂。戚芳捧了出来,笑嘻嘻地叫道:“爹,爹,你从来没穿过这么漂亮的衣衫,穿了起来,哪还象个庄稼人?这可不是发了财、做了官么?”

戚长发一看,也不禁怔住了,隔了好一会,才忸忸怩怩地道:“万师哥……这个……嘿嘿,真是的……”



狄云到前村去打了三斤白酒。戚芳杀了一只肥鸡,摘了园中的大白菜和空心菜,满满煮了一大盘,另有一大碗红辣椒浸在盐水之中。四人团团一桌,坐着吃饭。

席上戚长发问起来意。卜垣说道:“师父说跟师叔十多年不见,好生记挂,早就想到湖南来探访,只是师父他老人家每日里要练’连城剑法’,没法走动……”戚长发正端起酒碗放在唇边,将刚喝进嘴的一口酒吐回碗里,忙问:“什么?你师父在练’连城剑法’?”卜垣神情很是得意,道:“上个月初五,师父已把’连城剑法’练成了。”

戚长发更是一惊,将酒碗重重往桌上一放,小半碗酒都泼了出来,溅得桌上和胸前衣襟上都是酒水。他呆了一阵,突然哈哈大笑,伸手在卜垣的肩头重重一拍,说道:“他妈的,好小子,你师父从小就爱吹牛。这’连城剑法’连你师祖都没练成,你师父的玩艺儿又不见得如何高明,别来骗你师叔啦,喝酒,喝酒……”说着仰脖子把半碗白酒都喝干了,左手抓了一只红辣椒,大嚼起来。

卜垣脸上却没丝毫笑意,说道:“师父知道师叔定是不信,下月十六,是师父他老人家五十岁寿辰,请师叔带同师弟师妹,同去荆州喝杯水酒。师父命晚辈专诚前来相邀,无论如何要请师叔光临。师父说道,他的’连城剑法’只怕还有练得不到之处,要跟师叔一起来琢磨琢磨,师父常说师叔剑法了得,我们师兄弟如得师叔指点几招,大伙儿一定大有进益。”

戚长发道:“你那二师叔言达平,已去请过了么?”卜垣道:“言二师叔行踪无定,师父曾派二师哥、三师哥、四师哥三位,分别到河南、江南、云贵三处寻访,都说找不到。戚师叔可曾听到言二师叔的讯息么?”

戚长发叹了口气,说道:“我们师兄弟三人之中,二师哥武功最强,若说他练成了’连城剑法’,我倒还有三分相信。你师父嘛,嘿嘿,我不信,我不信!”

他左手抓住酒壶,满满倒了一碗酒,右手拿着酒碗,却不便喝,忽然大声道:“好!下月十六,我准到荆州,给你师父拜寿,倒要瞧瞧他的’连城剑法’是怎么练成的。”

他将酒碗重重在桌上一顿,又是半碗酒泼了出来,溅得桌上、衣襟上都是酒水。



“爹爹,你把大黄拿去卖了,来年咱们耕田怎么算啊?”

“来年到来年再说,哪管得这许多?”

“爹爹,咱们在这儿不是好好的么?到荆州去干什么?什么万师伯做生日,卖了大黄做盘缠,我说犯不着。”

“爹爹答应了卜垣的,一定得去。大丈夫一言既出,怎能反悔?带了你和阿云到大地方见见世面,别一辈子做乡下人。”

“做乡下人有什么不好?我不要见什么世面。大黄是我从小养大的。我带着它去吃草,带着它回家。爹爹,你瞧瞧大黄在流眼泪,它不肯去。”

“傻姑娘!牛是畜生,知道什么?快放开手。”

“我不放手。人家买了大黄去,要宰来吃了,我不舍得。”

“不会宰的,人家买了去耕田。”

“昨天王屠户来跟你说什么?一定是买大黄去杀了。你骗我,你骗我。你瞧,大黄在流眼泪。大黄,大黄,我不放你去。云哥,云哥!快来,爹爹要卖了大黄……”

“阿芳!爹爹也舍不得大黄。可是咱们空手上人家去拜寿,那成么?咱们三个满身破破烂烂的,总得缝三套新衣,免得让人看轻了。”

“万师伯不是送了你新衣新帽么?穿起来挺神气的。”

“唉,天气这么热,老羊皮袍子怎么背得上身?再说,你师伯夸口说练成了’连城剑法’,我就是不信,非得亲眼去瞧瞧不可。乖孩子,放开了手。”

“大黄,人家要宰你,你就用角撞他,自己逃回来,不!人家会追来的,你逃得远远的,逃到山里……”



半个月后,戚长发带同徒儿狄云、女儿戚芳,来到了荆州。三人都穿了新衣,初来大城,土头土脑,都有点儿心虚胆怯,手足无措。打听“五云手”万震山的住处。途人说道:“万老英雄的家还用问?那边最大的屋子便是了。”

狄云和戚芳一走到万家大宅之前,瞧见那高墙朱门、挂灯结彩的气派,心中都是暗自嘀咕。戚芳紧紧拉住了父亲的衣袖。戚长发正待向门公询问,忽见卜垣从门里出来,心中一喜,叫道:“卜贤侄,我来啦。”

卜垣忙迎将出来,喜道:“戚师叔到了。狄师弟好,师妹好。师父正牵记着师叔呢。这几天老是说:’戚师弟怎么还不到?’请吧!”

戚长发等三人走进大门,鼓乐手吹起迎宾的乐曲。唢呐突响,狄云吃了一惊。

大厅上一个身形魁梧的老者正在和众宾客周旋。戚长发叫道:“大师哥,我来啦!”那老者一怔,似乎认不出他,呆了一呆,这才满脸笑容的抢将出来,呵呵笑道:“老三,你可老得很了,我几乎不认得你啦!”

师兄弟正要拉手叙旧,忽然鼻中闻到一股奇臭,接着听得一个破锣似的声音喝道:“万震山,你十年前欠了我一文钱,今日该还了罢?”戚长发一转头,只见厅口一人提起一只木桶,双手一扬,满桶粪水,疾向他和万震山二人泼将过来。

戚长发眼见女儿和徒弟站在身后,自己若是侧身闪避,这一桶粪水势必兜头泼在女儿身上,他应变奇速,双手抓住长袍,运劲一崩,拍拍拍拍一阵迅速轻响,扣子崩断,左手抓住衣襟向外一崩,长袍已然离身,内劲贯处,一件长袍便如船帆鼓风,将泼来的粪水尽行兜在其中。他顺手一送,兜满粪水的长袍向来人疾飞过去。

Powrót do spisu

printer.gif, 0 kB Wersja do druku

Pożegnanie Louis Sha (Jin Yong)

1. Ze wsi do miasta
fragment

Łub! Łub, łub, łub! Łub! Łub!

W powietrzu wirowały dwa drewniane miecze. Kiedy się ze sobą zderzały, rozlegało się: łub! Chwilami przez dłuższy czas panowała cisza – gdy miecze nie stykały się; bywały jednak chwile, kiedy ciosy sypały się gęsto jak koraliki ze sznurka, jeden za drugim bez przerwy.

To w wiosce Maxipu u południowych podnóży miasta Yuanling na zachodnim brzegu rzeki Xiang, pomiędzy trzema krytymi dachówką niewielkimi budynkami, na klepisku (przeznaczonym do suszenia zboża) dwójka młodzieńców – dziewczyna i chłopak – trzymając w dłoni drewniane miecze, ćwiczyła zawzięcie.

Przed chałupą na niskim stołku siedział staruszek, cmokając długą i grubą bambusową fajkę. Dłonie zajęte miał wyplataniem sandałów, tak więc tylko od czasu do czasu unosił wzrok, by spojrzeć na młodych. W kącikach jego ust pojawiał się wtedy drobniutki uśmiech pochwały. Blade promyki słońca, przedzierając się przez niebieskawy dym, co bez ustanku wydobywał się z ust mężczyzny, rozjaśniały jego siwe włosy i grube zmarszczki. Kiedy jednak łypał okiem na zadyszanych szermierzy, w oczach jego pojawiał się jakiś błysk, jakaś moc: zdać by się mogło, że wcale nie był jeszcze stary, że nie miał jeszcze nawet pięćdziesięciu lat.

Dziewczyna miała lat siedemnaście, okrągłą twarz i dwoje wielkich czarnych bardzo ruchliwych oczu. Ze zmęczenia na jej czole pojawiały się krople potu, poczym spływały strumykiem po lewym policzku, zatrzymując się w pół szyi. Otarła lewym rękawem pot. Jej twarz była czerwona niczym ta papryka zwisająca pod okapami chałup. Młodzieniec był od niej starszy o kilka lat, miał śniadą cerę, kości policzkowe lekko uniesione, masywne dłonie i potężne stopy. Parał się uprawą roli i często był widywany tu na zachodnim brzegu rzeki Xiang. Drewnianym mieczem władał raczej sprawnie.

Wtem miecz młodzieńca przeciął powietrze z lewego ukosa, wysunął się ale nie cofnął – dziewczyna zrobiła unik – chłopak wciąż nacierał, z każdą chwilą coraz natarczywiej. Młodzieniec postąpił dwa kroki do tyłu, poczym odsłonił się, ponownie zakrył i z okrzykiem ruszył, by zadać trzy poziome ciosy. Dziewczyna nie była w stanie dłużej stawiać oporu: opuściła broń i wycofała się z walki, mówiąc zalotnym tonem:

– No co, mocny jesteś. Wygrałeś, nie? Możesz mnie teraz sobie posiekać!

Młodzieniec nie spodziewał się, że dziewczyna zrezygnuje z walki. Zamierzał właśnie trzecim ciosem uderzyć ją w talię. W wielkim zdziwieniu cofnął miecz. Niestety włożył w to za dużo siły i miecz – prask! – uderzył go w lewą rękę.

– Aj! – zakrzyknął.

Dziewczyna klasnęła w dłonie

– Ale wstyd – rzekła rozbawiona. – Gdyby to był prawdziwy miecz, ciekawe czy miałbyś jeszcze rękę?

Młodzieniec aż się zacietrzewił, a w zacietrzewieniu tym poczerwieniał na twarzy.

– Bałem się rozciąć cię na pół – rzekł. – Trochę się zagapiłem i miecz trafił mnie w rękę. Gdyby to była walka naprawdę, to myślisz, że ktoś by się nad tobą litował? Mistrzu, sam oceń.

Wypowiadając ostatnie zdanie, zwrócił wzrok w kierunku starca.

Starzec podniósł się, trzymają w dłoniach niedokończony sandał i rzekł:

– Wasze pięćdziesiąt pierwszych starć było jeszcze jako-tako, ale te kilka ostatnich to szkoda mówić.

Wyjął drewniany miecz z rąk dziewczyny i wykonawszy atak z ukosa, mówił dalej:

– Ten cios nazywa się „starzec z krzykiem pędzący pod górę”; idzie w parze z „nie śmiem podejść poziomo”, więc powinien być zadany poziomo a nie frontalnie. Afang – zwrócił się do dziewczyny – twoje dwa ciosy to „nagle słyszę jak dmie dziwny wiatr” i „nawet góry osuwają się niczym płótno”; miecz powinien się osuwać niczym kawałek płótna. Ayun – rzekł do chłopca – twoje dwa ciosy to „upadłszy w błoto, witam starszą siostrę” i „delikatny wiatr na koni zawołanie”; wyszły ci one całkiem dobrze. Jednakże, jak sama nazwa wskazuje, to ma być „delikatny wiatr” – ty użyłeś siły, a to błąd. Nasz styl walki to wszak sławny „styl leżącego trupa”, wywodzący się z Wulinu. Każde starcie kończy się tym, ze wróg pada trupem. No może nie musicie ćwiczyć swoich ciosów aż z taką gorliwością, ale te dwa słowa „leżący trup” radzę wam dobrze zapamiętać.

– Ojcze – odezwała się dziewczyna – nasz styl walki jest bardzo dobry tylko ta nazwa tak w zasadzie to nie za... nie za dobrze brzmi. Aż mię ciarki przechodzą, gdy słyszę o stylu leżącego trupa.

– Jeśli na sam słuch już pojawia się strach, to znak, że nazwa ta posiada wielką moc – odrzekł starzec. – Przeciwnik jeszcze nie wykona ruchu, a już mu żołądek pod gardło podchodzi. To jedna trzecia wygranej.

Z mieczem w dłoni wykonał raz jeszcze owe sześć ciosów. Powaga i precyzja jego ruchów wzbudziły podziw obojga młodzieńców. Zaklaskali. Starzec oddał miecz dziewczynie i rzekł:

– Spróbujcie jeszcze raz. Afang, to nie zabawa. Jakby przed chwilą się Ayun nad tobą nie zlitował, to ciekawe czy byś jeszcze żyła?

Dziewczyna pokazała język i ni stąd ni zowąd uderzyła, niczym błyskawica. Młodzieniec nie zdążył się przygotować. Czym prędzej dobył miecza, ale dziewczyna wykorzystała już okazję. Po chwili jej nieprzerwanego ataku, młodzieniec nie widział szans odwrócenia sytuacji. Przed oczyma widział już swą klęskę, gdy wtem z północnego wschodu dobiegł ich uszu tętent koni: pędził ku nim jeździec.

– Kto to? – zdziwił się młodzieniec odwracając głowę.

– Przegrałeś, nie wymiguj się! Co cię obchodzi kto jedzie? – wrzasnąwszy dziewczyna zadała trzy raźne ciosy: szu, szu, szu. Młodzieniec odparł je z największym trudem.

– Mówisz, że się boję, że nie wygram? – powiedział zły.

– W gębie się nie boisz – odrzekła mu śmiejąc się – ale w duchu owszem.

Ledwie skończyła a posypały się ciosy: z lewej i z prawej. Oba zadane z impetem i wigorem.

Tymczasem jeździec zatrzymał konia i krzyknął:

– „Kwiatów z nieba sypią się miliony, a ptaki ku niebu je w dziobach unoszą!” Niesamowite!

– Jiiiii! – dziewczyna wydała okrzyk zdziwienia, skoczyła półobrót i zmierzyła przybysza wzrokiem z góry na dół. Wyglądał jej na niespełna dwadzieścia parę lat, elegancko ubrany, pewnie syn bogatego mieszczanina. Zarumieniła się mimowolnie i cichym głosem spytała:

– Ojcze, on... skąd on może wiedzieć?

Starzec słysząc, jakiej pochwały przybysz udzielił dziewczynie za jej natarcie, zdziwił się równie bardzo, ale nie dał po sobie znać.

Młodzieniec zsunął się z siodła i uniósłszy ręce na wysokość piersi przywitał się uderzając pięścią w otwartą dłoń drugiej ręki.

– Powiedzcie mi panie – rzekł do starca – bo słyszałem że w wiosce Maxipu mieszka sławny mistrz sztuk walki mieczem, mówią o nim „żelazny rygiel dryfujący po rzece”. Zwie się Qi Changfa . Wiecie, gdzie mieszka?

– To ja jestem Qi Changfa. Jaki tam „mistrz sztuk walki mieczem”, gdzie mnie tam do takiego zaszczytu. Cóż cię panie do mnie sprowadza?

– Sługa Bu Yuan kłania się, mistrzu Qi – rzekł padając na kolana i biją pokłony. – Z polecenia mego mistrza Feng bije czołem.

– Nie zasłużyłem na taki zaszczyt! – odrzekł Qi Changfa

Wyciągnął ku niemu ręce, by go podnieść. Bu Yuan poczuł ból i odrętwienie po jednej stronie ciała. Zarumienił się i rzekł:

– Mistrz Qi pomógł mi wstać. Chyba zrobiłem z siebie głupka już na dzień dobry.

– Twoja siła wewnętrzna jeszcze nie jest za dobra. Którym uczniem brata Wana jesteś?

– Jestem piątym uczniem mego mistrza – odrzekł. Rumieniec nie znikał mu z twarzy. – Jeszcze się do niczego nie nadaję – mówił dalej. – U mistrza w domu zawsze powtarzają, że siły wewnętrzne mistrza Qi są niezmierzone, potrafi nawet przywołać do siebie moje.

Qi Changfa zaśmiał się słysząc to.

– Jak się miewa brat Wan? Nie widziałem go od przeszło dziesięciu lat.

– Memu mistrzowi żyje się dostatnio i spokojnie. Tych dwoje, to wasi uczniowie, panie? Ich umiejętności są imponujące.

– Afang – krzyknął Qi Changfa machając ręką – Afang, choć przywitać się z bratem Bu. To mój uczeń Di Yun, a to moja córka Afang. Ej, dziewczynko ze wsi! Co taka nieśmiała, toż to rodzina, czego się wstydzi?

Qi Fang chowała się za plecami Ayuna, nie przywitała się jak należy tylko skinąwszy głową zachichotała.

– Bracie Bu – rzekł Di Yun – uczysz się tego samego stylu co i my, prawda? Inaczej jakże mógłbyś rozpoznać i nazwać cios zadany przez siostrę Afang?

– Phi! – parsknął Qi Changfa, poczym spluną na ziemię. – Twój nauczyciel i jego nauczyciel jednego mistrza mieli. Jasne że się uczy tego samego stylu. Jeszcze pyta!

Bu Yuan otwarł jedną z sakw zawieszonych przy siodle i wyjął z niej jakiś pakunek, poczym trzymając go obiema dłońmi podał panu Qi.

– Mistrzu Qi, mój nauczyciel przesyła skromny prezent i prosi, abyście go przyjęli – rzekł Bu Yuan.

Qi Changfa podziękował i przykazał córce wziąć od gościa upominek.

Qi Fang zaniosła pakunek do chałupy, tam otworzyła. Jej oczom ukazała się wyszywana brokatem toga z jagnięcej skóry, nefrytowa bransoleta, filcowy kapelusz i czarna kapota jaka noszą mandaryni. Qi Fang wyszła trzymając to wszystko w dłoniach.

– Ojcze – rzekła, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu – takich szat to ty jeszcze nie nosiłeś. Jak je założysz to kto pozna, żeś chłop? Dorobiłeś majątku czy posady?

Starca oszołomił ów widok. Minęło dobrych parę chwil zanim zapeszony wykrztusił:

– Bracie Wan.... to..... he he, naprawdę......

Di Yun pobiegł do wioski po trzy funty wódki. Qi Fang zabiła tłusta kurę, wyrwała z ogrodu główkę kapusty i kilka kiści szpinaku wodnego; poczym wszystko ugotowała. Przyrządziła ponadto miskę czerwonej papryki moczonej w słonej wodzie i wszyscy w czwórkę zasiedli do stołu by się posilić.

Podczas ucztowania, Qi Changfa spytał o przyczynę wizyty. Bu Yuan odrzekł na to:

– Mój mitrz nie widział was już przeszło dziesięć lat, a że dobrze tę znajomość wspomina, sam już dawno chciał przyjechać tu do Hunanu w odwiedziny. Ale mistrz mój co dzień ćwiczy „styl liancheng” i nie mógł przybyć.

Qi Changfa przystawił sobie właśnie czarkę wódki do ust, ledwie jednak poczynił mały łyk wypluł alkohol z powrotem do czarki.

– Co takiego? – rzekł zaskoczony. – Twój mistrz ćwiczy „styl liancheng”?

– Piątego dnia zeszłego miesiąca, mój mistrz opanował już „styl liancheng” – rzekł dumnie Bu Yuan.

Qi Changfa zdziwił się jeszcze bardziej. Odstawiając czarkę wódki na stół, rozlał polowe, plamiąc tym samym blat stołu jak i przednia część swego ubrania. Popatrzył przez chwilę w bliżej nie określoną dal, poczym poklepał Bu Yuana po ramieniu.

– Kurde, chłopcze, twój mistrz był zawsze skory do przechwałek. Nawet jego nauczyciel nie był w stanie opanować „stylu liancheng”. Z całym szacunkiem dla jego zręczności i bystrości umysłu, nie gadaj mi tu takich rzeczy. Napijmy się, pij, pij ... !

Mówiąc to, wychylił do dna na w pół pustą czarkę, zagryzając papryką.

Bu Yuanowi nie było jednak do śmiechu.

– Mój mistrz wiedział, że mi nie dacie wiary. Za miesiąc szesnastego, mój mistrz będzie obchodził swe pięćdziesiąte urodziny. Zaprasza więc was wraz z uczniem i uczennicą do Jingzhou na kubek wódki. Dlatego też wysłał mnie specjalnie, by wam to oznajmić. Niezależnie od wszystkiego jesteście mile widziani. Mistrz mój powiada, że jego „styl linacheng” może jeszcze nie jest do końca dopracowany, chciałby więc z wami nieco go doszlifować. Zawsze powiada, że władacie mieczem straszliwie. My uczniowie moglibyśmy się wiele nauczyć dzięki waszym wskazówkom i pokazom, panie Qi.

– A zaprosił już twój nauczyciel Yan Dapinga, drugiego z nas , coś my się razem uczyli? – spytał Qi Changfa.

– Po mistrzu Yanie ślad zaginął – odrzekł młodzieniec – Mój nauczyciel posłał trzech starszych uczniów, jednego do Heshuo, drugiego do Jinagnanu a trzeciego do Yungui. Nikt go nie znalazł. Może wy macie jakieś wieści na temat mistrza Yana?

– Z nas trzech, brat Yan był najlepszy w walce. Jeślibym usłyszał, że to on opanował „styl liancheng” to bym jeszcze w jednej trzeciej uwierzył. Ale twój nauczyciel... ha, ha! Nie wierze, nie wierze!

Chwycił lewą reką za dzban wódki i nalał sobie pełną czarkę, poczym prawą ręką uniósł ją ale nie wychylił.

– Dobra! – rzekł – Za miesiąc szesnastego, stawię się na jego urodziny. Zobaczę przy okazji jak ten jego „styl liancheng” wygląda.

Odstawił czarkę, rozlewając ponownie połowę zawartości, plamiąc wódką stół jak i siebie.

– Tato – odezwała się Afang – jak sprzedamy Szerszenia, to co z oraniem pola za rok?

– Za rok to za rok pogadamy, po co się naprzód martwić?

– Tato, źle nam tu jest? Trzeba nam jeszcze włóczyć się do jakiegoś Jingzhou. Wystarczy, że jakiś pan Wan ma urodziny to my sprzedajemy Szerszenia, żeby mieć na podróż. Moim zdaniem to nie ma sensu.

– Tato powiedział Bu Yuanowi, że tak, to tak. Jak mężczyzna coś powie, to się wycofać nie może. Zabiorę cię i Ayuna, cobyście trochę świata zobaczyli, a nie spędzili całego życia na wsi.

– A spędzić całe życie na wsi to niby źle? Nie chce oglądać żadnego świata. Wychowałam Szerszenia od małego. Chodziłam z nim na pastwisko, odprowadzałam do domu. Tato, popatrz jak Szerszeń płacze. On nie chce.

– Głupia dziewczyna! Wół to zwierze, co on może wiedzieć? No już, puszczaj!

– Nie puszczę. Jak kupią Szerszenia to pójdzie pod nóż. Nie mogę się z nim rozstać.

– Nie pójdzie pod nóż. Będzie orał ziemię.

– Wczoraj był tu ten Wang, rzeźnik; o czym rozmawialiście? Na pewno o sprzedaży Szerszenia na rzeź. Kłamiesz, kłamiesz! Popatrz, Szerszeń płacze. Szerszeń, Szerszeń ja cię nie puszczę. Ayun, Ayun! Chodź szybko, Tata chce sprzedać Szerszenia ...

– Afang! Mnie też się trudno rozstać z Szerszeniem. Ale przecież nie można z pustymi rękami iść do kogoś na urodziny. Wszyscy troje chodzimy w poszarganych łachmanach. Trzeba nam uszyć nowe szaty, żeby ludzie krzywo nie patrzyli.

– Mistrz Wan nie przysłał ci nowego stroju i kapelusza? W nim będziesz wyglądał już dosyć wytwornie.

– Ech, w taki upał jak tu chodzić w owczej skórze. Poza tym, Wan chwali się, że opanował „styl liancheng”; jak na własne oczy nie zobaczę to nie uwierzę. No bądź dobrym dzieckiem i puść.

– Szerszeń, jak będą chcieli cię zarżnąć to ubódź rogiem i wracaj. Nie! Będą cię gonić. Uciekaj daleko, daleko. Uciekaj w góry...!

Po kilkunastu dniach Qi Changfa samotrzeć z uczniem Di Yunem oraz córką swą Qi Fang udał się do Jingzhou. Wszyscy troje mieli na sobie nowe szaty. Jako wieśniacy pierwszy raz w mieście byli onieśmieleni i nie pewni siebie. Nie wiedzieli, jak się zachowywać. Spytawszy o miejsce zamieszkania „Chmurnego” Wan Zhenshana, usłyszeli:

– Dom starego Wana? To największy dom w mieście. Jeszcze pyta.

Kiedy Di Yun i Qi Fang stanęli przed okazałym domem rodziny Wanów, kiedy spojrzeli na kryte czerwoną laką karmazynowe wrota, przyozdobione lampionami, w głowach aż buzowało im od natłoku myśli. Qi Fang pociągnęła nerwowo ojca za rękaw. Qi Changfa chciał właśnie zagadnąć strażnika, kiedy to za bramą pojawił się Bu Yuan.

– Paniczu Bu – rzekł uradowany Qi Changfa – jesteśmy.

Bu Yuan czym prędzej wyszedł im na powitanie.

– Mistrz Qi dotarł. Brat Di Yun i siostra. Witam. Mój nauczyciel właśnie się o was niepokoił. Ostatnio mówił ciągle: „Czemu ich jeszcze nie ma?”. Prosimy, prosimy!

Trójka gości weszła przez bramę na podwórze. Nagle rozległa się muzyka, zagrały bębny i fanfary powitalne. Di Yun nie mógł ukryć zdziwienia.

W wielkim salonie, do którego ich zaprowadzono, rosły choć stary już gospodarz domu właśnie zabawiał gości.

– Bracie – krzyknął w jego stronę Qi Changfa – jestem!

Starzec, przeraził się jakby nie poznawał, kto go woła. Po chwili jednak rzucił się radośnie w stronę przybyłych mówiąc:

– Bracie, aleś się postarzał! Prawie cię nie poznałem.

Obaj zaczęli właśnie wspominać stare czasy, kiedy nagle poczuli, że coś śmierdzi.

– Wan Zhenshan – ozwał się chrapliwy głos – Dziesięć lat temu pożyczyłem ci sznur pieniędzy, dziś nadszedł dzień spłaty.

Qi Changfa obrócił się. Zobaczył tylko postać z drewnianym wiadrem w dłoni. Nie czekając długo, postać ta chwyciła je oburącz i wylała kierunku rozmawiających całe znajdujące się w wiadrze łajno.

Córka i uczeń Qi Changfa stali tuż obok niego. On sam usunął się nieco w bok i całe łajno polało się na dziewczynę. W mgnieniu oka chwycił ją za suknię i szarpnął, aż guziki odpadły, poczym chwyciwszy za przednią część, zerwał z niej ubranie, odsłaniając, co miała pod nim. Czym prędzej zawinął w suknie całe wylane z wiadra łajno i cisnął w przybysza.



Przekład: Jarek Zawadzki

Powrót do spisu

Strona powitalnaMapa witrynyPolish Poetry in EnglishEnglishEsperantoChinese 波兰中文E-mailKuchnia chińska

Designed by Jarek Zawadzki jz[æt]tlumacz-chinskiego.pl Tłumaczenia języka chińskiego