Tłumacz języka chińskiego i angielskiego, Chinese language translator and interpreter, Polish language translator and interpreter

przekłady literatury
z chińskiego :: z angielskiego :: z esperanta :: publikacje :: chińskiego:: angielskiego&esperanto :: Polish poetry :: kontakt

printer.gif, 0 kB Wersja do druku

La infana raso William Auld

Saluton, masonisto, mia prapatro Ruben
    kiu dum tuta vivo grimpadis supren-suben,
    ĉizante sur preĝejoj gargojlojn kaj anĝelojn!

Kaj vin, ho posteulo de Ruben, kiu velojn
    de karavelo hisis kaj sur la mar' piratis
    kaj la filinon duan de tavernisto svatis
    kaj lasis ŝin graveda kaj malaperis tute
    sur marofundon -- kara, mi kantas vin salute!
        (Kaj ankaŭ vin aparte, ho tavernistfilino,
        avino mia praa, al kies mola sino
        sin premis tiu filo, kiu en posta vivo
        dediĉis sin al rabo, al murdo kaj lascivo,
        kaj dek bastardojn patris, el kiuj unu iris
        milite al Polujo, kaj tie vaste viris,
        al sia semofluo malfermis larĝe kluzojn,
        al mi testamentante milope polajn kuzojn!)
Al vi, centmil prapatroj ŝvitintaj sub servuto,
    de via tre simila pranepo jen saluto;
sed ege vin surprizus, ke li salutas ame
kiel parenco viajn jugintojn tute same.
Al vi ja ŝajnus strange, ke filo de l' kastelo
kaj via bova ido en trua sklavkitelo
per ia sortkaprico egale kontribuas
al tiu sango, kiu en miaj vejnoj fluas.
        Verdire, la surprizo ne estus via sole:
        eĉ pli la kastelfilo min gapus senparole!)
Kaj ankaŭ vin, praavaj kaj vilaj sovaĝuloj
kiuj rezistis venke per glavoj kaj ŝtonruloj
invadajn legianojn de roma Agrikolo --
mi vin salutas: Ave!

                Jes, tuta ĉi popolo
(aŭ preskaŭ) min generis, laŭ pruvo de ciferoj
montrantaj, ke la sumo de miaj avaj eroj
en tiu tempo estis kelkoble jam pli granda
ol eĉ la tuta sumo de l' loĝantaro landa!
    Sed ankau en la vicoj atakaj de l' legio
    troviĝis pli ol unu patro de mia mio,
        kaj kiam glav-al-gorĝe mortluktis murdocele
        barbaro kaj romia soldato, jen duele
        du homoj reciproke malamis, kies semo
        kuniĝis post jarcentoj en mia sola memo.
    Per dura bato unu breĉas l' alies flankon:
    doninto de mia sango fluigas mian sangon...

Kaj sen entuziasmo, jen do parenca mano
al vi, prapatro morna, malrida puritano;
jen dorsobat' amika al vi, aktor' ebria,
kies boheman viglon heredis koro mia;
jen kis' al vi, Maria, kiu la pajlon faskis;
mi, vin brakumas, Liza, kiu infanon naskis
sed pri la patronomo neniam estis certa:
pri ama kaj kuira artoj vi estis lerta.
Kaj vin, tajlor-prapatro, salutas mi solene,
kaj vin...
        kaj vin...
                vin ankaŭ...

                sed jam la menso svene
rifuzas eĉ koncepti individuajn erojn
de l' disradia ĉeno, gravedojn kaj generojn
kiuj en mi kulminas kaj faras min parenco
en malproksima grado de ĉiu ekscelenco,
de ĉiu almozulo, putino kaj doktoro
de mia land' kaj via, trans lingvo kaj memoro...
        Saluton, frato, kiu kolportas sur la stratoj --
        nin ia malproksima orgasmo faris fratoj!
        Kaj vi, juĝist' severa -- saluton do, amiko!
        Nin ambaŭ kreis iam la sama ingvenotiko!

        Venu en miajn brakojn frate, nigrulo-plebo:
        disigis nin praprae duiĝo de amebo,
        kaj vi Jesuo Kristo, el lando brule suna,
        vi estas mia frato malgraŭ la haŭto bruna
        kiun adeptoj viaj miscele kalkas blanka:
        antaŭnelonge nia prapatro estis branka!

Timige amasiĝas patrar' senintermita,
multobligante sin laŭ kvadrato infinita
en la paseon retro, senbreĉa vivoĉeno,
maldika, forta, obstina, fragila vivfadeno,
kiu ekdisvolviĝis kiam kun elemento
kuniĝis elemento pro kosma akcidento
kaj la unua flagro de vivo ekaperis --
ho, tiu nekonebla momento MIN generis!
        Sed se en iu blinda horo mi min ekzaltas,
        mia patraro flustras: ĉe vi la temp' ne haltas!
        Ne vi, kulmina punkto de nia blinda iro;
        post vi tre longe pluen impetos la spaliro;
        de nia praamebo ĝis vi -- sekundopaso!:
        apenaŭ vojkomence sin trovas nia raso.
        Vi estas nur spireto de bebo novnaskita:
        vi venis, iros, ero en ĉen' senintermita!
Saluton, antaŭuloj, jam pasis via horo ...
Kuraĝon, homofratoj de ĉiu haŭtkoloro --
        la tempmiraĝo, kiu disigis nin damninde,
        nin fine rekunigos!

                            Kaj dume, palpe, blinde,
    ni venas, iras, eroj en ĉeno kies finon
    ne formas ni nek vidos. Kuraĝon kaj obstinon!

Powrót do spisu

printer.gif, 0 kB Wersja do druku

Planeta Dzieci William Auld

Witaj, witaj murarzu, praojcze mój, Rubenie,
    któryś przez życie całe ciosał był kamienie,
    boskie rzeźbiąc gargulce i anioły dostojne,
    które później zdobiły świątyń wnętrza spokojne!

Witaj, witaj Rubena potomku, któryś żagle
    swej karaweli co świt na maszt zaciągał smagle,
    któryś, piracie, żeglował po szerokim morzu,
    i który z córką karczmarza w jednym spałeś łożu;
    po czym bez pożegnania porzuciłeś brzemienną:
    na dnie mórz zniknąłeś – pieśnią cię witam codzienną!
        (I ciebie witam również, witaj córko karczmarza,
        prababko moja, która – jak to się zwykle zdarza –
        na łonie swym tuliłaś syna, gdy był mały,
        gdy dorósł, bezeceństwom żywot poświęcił cały:
        grabieżom, mordom gwałtom i bękartów dziesięciu
        był spłodził choć mężczyzna o niewielkim był wzięciu –
        lecz bezsilna wobec żądzy jest wola niewieścia.
        Jeden z potomków jego, wiosen mając dwadzieścia,
        w Polskę poszedł na wojnę, próbować się z ojczyzną;
        obficie tam był dowiódł, jak bardzo był mężczyzną,
        nasienia swego na córki nie skąpiąc i synów,
        zostawiając mi w spadku krocie polskich kuzynów!)
I was, miriady praojców moich, coście brzemię
    pańszczyźniane dźwigali, cudzą orając ziemię:
    wasz prawnuk wam podobny radośnie dziś was wita,
choć pewnie się zdziwicie, że on tak samo pyta
o was, słudzy ubodzy, o wasze bóle, rany,
jak o ciemięzców waszych się pyta zatroskany.
Wam się dziwnym zdać musi, że możny syn pałacu,
co rósł wśród złotych komnat, grał na zamkowym placu,
i wasz nędzny potomek w fartuchu niewolniczym
jakimś losu kaprysem okropnie tajemniczym –
czy tego chcą czy nie chcą – dziś w mojej są rodzinie
równy udział w krwi mając, co w żyłach moich płynie.
      Zaprawdę nie was tylko zdumienie owo trapi,
      bo i syn pałacu też się niemo na mnie gapi.
Oraz was, pradziadowie, dzicy dzierżcy korony,
coście mieczem odparli napastliwe legiony
rzymskiego Agrykoli, pozdrawiam dzisiaj: Ave!

O tak, naród ten cały (albo przynajmniej prawie)
spłodził mnie, ukazując, tak jak cnotę i dumę,
iż suma przodków mych wtedy już przerosła sumę
mieszkańców całej ziemi potężnej i ogromnej...
i o tym dziś pamiętam, i o tym nie zapomnę.
A nawet wśród wojsk wrogich, rabusiów i szubrawców
odnaleźć można wielu mojego „ja” współdawców.
Gdy barbarzyńca i żołnierz rzymski rozjuszani
miecze ostre, żelazne do swych przytknęli krtani;
już wróg się nie żyw zdał oczyma wyobraźni –
a dziś się ich nasienie złączyło w mojej jaźni.
W krwawym starciu zatapiał miecz w swego wroga biodrze:
Ten, co mej krwi jest dawcą, mą krew wytaczał szczodrze.
Już bez euforii jednak, ciebie dziś witam także
Praojcze purytański – tyś tego godzien wszakże –
i ciebie aktorzyno, któryś żywot bezpański
przehulał, memu sercu dając zapał cygański.
Oto dla ciebie, Mario, gorący pocałunek,
któraś najdoskonalszą ze wszystkich jest piastunek;
obejmuję cię Elu, coś syna porodziła,
ale imienia ojca nigdy pewna nie była:
w miłosnych i kucharskich ty sztukach jesteś wprawna.
Witam, witam wszystkich, nie widziałem was od dawna:
I ciebie, praojcze mój krawcze, witam ochotnie,
ciebie...
              ciebie...
                                i ciebie...
                                                a rozsądek – odwrotnie:
nie pozwala wręcz pojąć ogniw tego łańcucha
zapłodnień, ciąż, urodzin; które w mojego ducha
się wkradłszy, spokrewniają mnie z królem i pisarzem,
z każdym żebrakiem, dziwką, kapłanem i lekarzem
z mego kraju lub twego, potępieni czy święci;
mimo różnic języka czy też ludzkiej pamięci.
        Witaj, witaj mój bracie, uliczny kolporterze,
        nas gdzieś orgazm odległy braćmi uczynił szczerze!
        I ty sędzio surowy witaj mi, przyjacielu –
        to samo krocza drgnienie stworzyło nas... i wielu!

        Pójdź w me ramiona, bracie, o! czarny plebejuszu!
        Podział ameby sprawił, że dziś nie żyję w buszu,
        tam gdzie ziomkowie twoi – rasy synowie leśni
        (ach, gdybym się był tylko urodził nieco wcześniej!).
        Oraz ty, Jezu Chryste – z kraju gdzie słońce z góry
        ląd pożera – tyś mym bratem mimo ciemnej skóry,
        która w oczach twych uczniów omylnie się wybiela:
        niedawno ojcowie nasi mieli jeszcze skrzela!

Coraz więcej i więcej ojców naszej przeszłości
mnoży się wciąż podług kwadratu nieskończoności;
łańcuch nierozerwalny, cienki a jednak mocny,
łańcuch ogniw żywota, światów potomek nocny,
nietrwała nic żywota, która się rozwinęła,
kiedy wieczność z żywiołem żywioł łączyć zaczęła
za sprawą drgnień wszechświata i jakaś obca siła
pierwszy płomień żywota jaskrawy zapaliła,
jeszcze słaby i wiotki jak pierwszy lot motyla –
och, ja wiem doskonale: MNIE spłodziła ta chwila!
        Lecz gdy w godzinie ślepej, znów ubóstwiam sam siebie,
        ojcowie moi szepczą: Czas nie staje dla ciebie!
        Nie tyś jest kulminacją naszej wędrówki ślepej,
        jeszcze długo po tobie iść będą dalej, lepiej;
        ledwie na dróg początku jest wasze pokolenie.
        Od praameby naszej do ciebie – okamgnienie!
        Tyś ledwie zrodzonego jest tylko dziecka duchem.
        Przybyłeś, więc idziesz. Tyś ogniwem – nie łańcuchem.
        Nie pierwszym, nie ostatnim.
                                 O, witajcie poprzednicy,
wy do pochlebstwa skorzy, i wy sprośni i dzicy!
Minęła wasza pora, po was już idą nowi:
odwagi bracia moi, bliźniacy kolorowi:
        Czasu złuda przeklęta, która nas rozdzieliła,
        ponownie nas zjednoczy.
                                         W trudach tymczasem siła.
Idziemy po omacku, my ogniwa łańcucha,
którego koniec nie znany ni temu, co słucha,
nie go oczy nie dojrzą, bo nie znać go z pozoru;
on jest przed nami ciągle. Odwagi i uporu!

Planeta dzieci jest dostępna w całości w postaci książki wydanej przez Wydawnictwo My Book.

Przekład: Jarek Zawadzki

Powrót do spisu

Strona powitalnaMapa witrynyPolish Poetry in EnglishEnglishEsperantoChinese 波兰中文E-mailKuchnia chińska

Designed by Jarek Zawadzki jz[æt]tlumacz-chinskiego.pl Tłumaczenia języka chińskiego