|
Wersja do druku Epilogue to Aesop by William Caxton
Now then I will finish all these fables with this tale that followeth,
which a worshipful priest and a parson told me lately. He said that
there were dwelling in Oxford two priests, both masters of art, of
whom that one was quick and could put himself forth, and that other
was a good simple priest. And so it happened that the master that was
pert and quick, was anon promoted to a benefice or twain, and after
to prebends and for to be a dean of a great prince's chapel, supposing
and weening that his fellow the simple priest should never have been
promoted, but be alway an Annual, or at the most a parish priest. So
after long time that this worshipful man, this dean, came riding into
a good parish with a ten or twelve horses, like a prelate, and came
into the church of the said parish, and found there this good simple
man sometime his fellow, which came and welcomed him lowly; and that
other bade him "good morrow, master John," and took him slightly by
the hand, and asked him where he dwelt. And the good man said, "In
this parish." "How," said he, "are ye here a soul priest or a parish
priest?" "Nay, sir," said he, "for lack of a better, though I be not
able ne worthy, I am parson and curate of this parish." And then that
other availed his bonnet and said, "Master parson, I pray you to be
not displeased; I had supposed ye had not been beneficed; but master,"
said he, "I pray you what is this benefice worth to you a year?"
"Forsooth," said the good simple man, "I wot never, for I make never
accounts thereof how well I have had it four or five years." "And know
ye not," said he, "what it is worth? it should seem a good benefice."
"No, forsooth," said he, "but I wot well what it shall be worth to
me." "Why," said he, "what shall it be worth?" "Forsooth," said he,
"if I do my true diligence in the cure of my parishioners in preaching
and teaching, and do my part longing to my cure, I shall have heaven
therefore; and if their souls be lost, or any of them by my default, I
shall be punished therefore, and hereof am I sure." And with that word
the rich dean was abashed, and thought he should do the better and
take more heed to his cures and benefices than he had done. This was
a good answer of a good priest and an honest. And herewith I
finished this book, translated and printed by me, William Caxton, at
Westminster in the Abbey, and finished the 26th day of March, the year
of our Lord 1484, and the first year of the reign of King Richard the
Third.
Powrót do spisu |
Wersja do druku Posłowie do bajek Ezopa William Caxton
Zakończę więc teraz bajki te wszystkie opowieścią następującą, którą mi czcigodny ksiądz i pleban opowiedział ostatnio. Powiada, że mieszkali w Oxfordzie dwaj księża, obaj wytrawni w sztuce, z których jeden był bystry i przed innych się stawiał, a z drugiego poczciwy i prosty był ksiądz. Zdarzyło się więc tak, że ten, co zuchwały był i bystry, rychło promowany został na beneficjum lub dwa, a potem na prebendy i na diakona w kaplicy wielkiego księcia, zakładając przy tym i tusząc, że kamrat jego ksiądz poczciwy nigdy promowany nie będzie, lecz na zawsze zostanie księdzem na rocznym kontrakcie lub w najlepszym przypadku na parafii. Minął jaki czas, gdy ów człek czcigodny, diakon, przybył do zacnej parafii z dziesięcioma lub dwudziestoma końmi, niczym prałat, i wszedł do kościoła rzeczonej parafii, a spotkał tam owego prostego poczciwego księdza, niegdyś kamrata swego, który przyszedł i powitał go z uniżeniem, a drugi pozdrowił go mówiąc:
– Witaj, ojcze Janie – po czym wziął lekko pod rękę i spytał go, gdzie mieszka. A człek poczciwy odrzekł:
– W tej to parafii.
– Jakże to – ten mu na to – jesteś tu duchownym czy-li parafialnym.
– Nie, panie – odrzekł – jako że nie ma tu nikogo lepszego, choć ja ani tego godzien nie jestem ani zdolności nie mam ku temu, mianowano mnie plebanem i wikariuszem tej parafii.
Wtedy to drugi poprawił swe nakrycie głowy i rzekł:
– Ojcze plebanie, błagam nie miej mi tego za złe, nie sądziłem, iż nadano ci beneficjum, ale ojcze – mówił dalej – powiedz mi proszę: ile ci przynosi rocznie takie beneficjum?
– Zaiste – odrzekł człek prosty i poczciwy – nie wiadomym mi to jest, bom nigdy nie policzył, jakże mi się dobrze wiodło przez ostatnie cztery czy pięć lat.
– A czy nie wiesz – rzekł mu – ile to warte? Wygląda na całkiem dobre beneficjum.
– Nie, zaiste – odrzekł. – Wiem jednak dobrze, ile dla mnie jest warte.
– Ileż więc jest warte? – rzekł.
– Zaiste – odrzekł – jeśli swą posługę duszpasterską spełniał będę należycie, nauczając i kazania wygłaszając, a i o swoję duszę również troszczyć się nie poniecham, otrzymam wtedy niebo w nagrodę, a jeśli dusze ich pogubią się a niektore z nich i z mojej winy, zostanę wtedy ukarany i tego pewien jestem.
Słowa te zdumiały majętnego diakona. Pomyślał wtedy, iż powinien więcej uwagi swej posłudze duszpasterskiej i beneficjom poświęcić, niż to do tej pory czynił. Była to poczciwa odpowiedz poczciwego księdza i szczerego. Tym też kończę tę księgę przeze mnie, Williama Caxtona, przetłumaczoną i wydrukowaną w Opactwie Westminsterskim, a ukończoną XXVI dnia marca roku pańskiego 1484 i pierwszego roku rządów króla Ryszarda III.
Przekład: Jarek Zawadzki Powrót do spisu |