Próbki przekładów

Prolog ogólny (Opowieści Kanterberyjskie)
Geoffrey Chaucer
fragment

Gdy pora deszczy kwietniowych już miła,
Suszę marcową do cna przemoczyła,
Łodyżki wszystkie kąpiąc w swej wilgoci,
Której się blaskiem każdy kwiatek złoci;
I gdy Zefira tchnienie, jakże słodkie,
Lasów i pastwisk napełniło wiotkie
Gałązki; gdy w pół drogi swego szlaku
Młodziutkie słońce w Barana lśni znaku,
A ptaszków drobnych już śpiewa nie mało,
Oczy otwarte trzymając noc całą
(Tak rozbudzona naturą ich dusza):
Wtenczas lud zewsząd w pielgrzymki wyrusza.
Do świątyń sławnych wędrują pątnicy;
Do miejsc odległych, znanych w okolicy,
A zwłaszcza z Anglii hrabstw wszelakich rzeszą
Do Kanterbery zgodnie wtedy śpieszą
Ku męczennika świętego osobie,
Co ich był wspomógł, gdy byli w chorobie.

Raz o tej właśnie zdarzyło się porze,
Jakem w Tabardzie wynajmował łoże,
By odpoczęły, zanim w pobożności
Do Kanterbery wyruszą, me kości,
Że do zajazdu przybywa gromada;
Dwadzieścia dziewięć na nią dusz się składa,
Które to losu ścieżkami krętymi
Zeszły się razem, a wszyscy pielgrzymi
Do Kanterbery idą w tej ferajnie.
Duże tam mieli komnaty i stajnie,
Toteż wygodnie czas płynął i miło.
A gdy się słońce do snu już chyliło,
W te słowa wszystkim oznajmiłem skrzętnie,
Że do gromady tej dołączę chętnie.
Nazajutrz wstawszy jak należy rano,
W drogęśmy poszli, jak tu opisano.

Gdyż jednak miejsca mi nie brak ni czasu,
Nim w opowieści tej głąb wejdę lasu,
Słusznym opisać najpierw będzie, myślę,
Tyle na ile mi się uda ściśle,
Wszystkich pątników status w tej gromadzie.
Kto kim był oraz na jakiej posadzie,
A też i stroje, co mieli na sobie;
Więc, od Rycerza zacząwszy, tak zrobię.

Był tam ów RYCERZ – człek zacny niezmiernie –
Co od swej pierwszej wyprawy strzegł wiernie
Cnót kurtuazji rycerskiej przygody,
Prawdę był cenił, honor i swobody,
Brał w pana swego wojnach udział czynny;
W krajach odległych bywał, jak nikt inny
Znał chrześcijańskie i pogańskie włości.
Wszędzie gdzie walczył, swej dowiódł bitności.
Był w Aleksandrii, kiedy ta upadła,
Na szczytnym miejscu zasiadał do jadła
Ponad innymi narodami w Prusach,
Bił się na Litwie, tępił miecz na Rusach.
Mało chrześcijan znajdziesz jego miary.
A i w Grenadzie nie szczędził ofiary
Pod Algezirem, i gdy w Belmarii wrzało.
Z Lejiszu wrócił i Satalii cało,
Po tym jak padły, i gdzie Wielkie Morze:
W licznych był armiach, na niejednym dworze.
Piętnaście razy szedł w bitwy śmiertelne,
Za wiarę – w Tramisenie – stoczył dzielne
Trzy pojedynki, pokonując wroga.
Tegoż Rycerza tak zacnego droga
Na dwór Palacji raz też prowadziła,
Bo pogan w Turcji do pobicia siła.
Dowiódł, że wojem był ci znakomitym
I chociaż zacnym to rozsądnym przy tym.
Z natury cichy niczym białogłowa,
Nikomu w życiu złego nie rzekł słowa.
Kłamcą mnie trudno nazwać czy fałszerzem,
Gdy go wybornym obwołam rycerzem.

Co się zaś tyczy jego ekwipunku:
Koń był szlachetny, lecz strój bez szacunku.
Zwykłą tunikę miał na sobie lnianą
I od kolczugi mocno utytłaną.
Ledwo wróciwszy, w progu stawił nogę,
A już mu w nową było ruszać drogę.

Był z nim syn jego, GIERMEK z ikrą. Młody,
Ochoczo szedł więc w miłosne zawody,
A włosy jego kręcone jak w loku.
Nad lat dwadzieścia nie miał chyba roku.
Na swą posturę wzrostem raczej średni.
Zwinny niezmiernie, przy tym siłacz przedni.
Razu pewnego był też na wyprawie
W Artois, Pikardii, Flandrii… bił się w sprawie,
Gdzie się wykazał chociaż w krótkim czasie,
Wierząc, że w łaski swojej pani wda się.

W stroju jak łąka zdobionym był całym
Kwieciem ożywczym czerwonym i białym,
Śpiewał i gwizdał w drodze bez ustanku,
Rześki jak dzionek w maju o poranku.
Krótka tunika, obfite rękawy.
Nie brak mu było w jeździe wierzchem wprawy.
Melodie tworzył, układał też słowa,
Bił się i tańczył, pisał i rysował.
I tak zawzięcie kochał, że po nocy
Dłużej niż słowik sypiać nie był w mocy.
Skromny, uprzejmy, znał dobrze swą rolę:
Mięsa dla ojca ukrajał przy stole.

Ze służby KMIECIA miał tylko w podróży,
Bo w drodze lubi, gdy mu jeden służy.
Kmieć w płaszcz był strojny i kaptur zielony;
Kołczan ostrymi nosił wypełniony
Strzałami, co z piór pawich lotki miały.
Znawca rynsztunku był to doskonały:
Nie spadła w locie żadna strzała jego;
A w dłoni trzymał wielki łuk do tego.
Ścięty na krótko, cera przy tym śniada.
Znać że stolarskim dobrze sprzętem włada.
Na ręku karwasz bardzo miły oku,
Miecz oraz puklerz ponadto u boku,
Róg ma przy sobie i sztylet nie lada:
Ostry jak włócznia, skryta drwem nasada.
Krzysztof na piersiach pobłyskuje czasem.
Zielonym ramię przewiązane pasem.
Widać do lasu przywiązany łona.

Była też z nami MATKA PRZEŁOŻONA.
W uśmiechach swoich skromna i nieśmiała.
Na Eligiusza zawsze przysięgała.
Mówiono na nią: Pani Eglentyna.
Gdy nabożeństwa nadeszła godzina,
Śpiewała ślicznie, ton wydając nosem.
Po francusku ładnym też mówiła głosem,
Jak w Stadford-at-Bow ponoć uczą, ale
Mowy paryskiej to nie znała wcale.
Ogładę miała przy stole w czas jadła:
Nawet drobina jej z ust nie wypadła,
W sos nie nurzała swych palców przesadnie,
Kęs tak prowadząc, że żaden nie spadnie.
Czy to u siebie, czy kiedy szła w gości,
Ogłada była źródłem jej radości.
I nigdy czasza jej nie była tłusta,
Bo tak dokładnie wycierała usta,
Gdy swe pragnienie ugasiła hojnie.
Każdą potrawę chwytała dostojnie.
I sympatyczna bez wątpienia była,
Serdeczna przy tym i w obyciu miła.
By naśladować nadworne maniery,
Wielki wysiłek wkładała i szczery;
U wszystkich chciała mieć szacunek bowiem.

O jej sumieniu coś teraz opowiem.
Czuła tak była ona i wrażliwa,
Że mysz w pułapce widząc, co nieżywa
Lub krwawi, płaczem rosiła swe lica.
I małe pieski miała zakonnica;
Mięsem pieczonym mlekiem albo chlebem
Karmione. Łkała nad pieska pogrzebem
Lub gdy kto kijem uderzył którego.
Czuła ci była, a tkliwa do tego.

Podwikę spięła w kapturek uroczy.
Nosek jej zgrabny, szklanoszare oczy,
Małe usteczka, miękkie i czerwone,
Czoło zapewnie piękne uniesione
Na piędź przynajmniej, macie moje słowo,
Bo i niedrobną była białogłową.
Cną peleryną, skryta postać rosła.
Z małych korali na ramieniu niosła
Parę różańców, co dla bożej chwały
Większe paciorki w traw kolorze miały,
Przy nich zaś broszka ze złota wisiała,
Która się w słońcu pięknie lśniła cała,
Gdzie wpierw litera była A w koronie
I Amor vincit omnia zaraz po niej.

Służącą miała z sobą ZAKONNICĘ
Oraz trzech mężczyzn w duchownej tunice.

MNICH jechał z nami, przystojny i zdrowy,
Co jeździł wiele i uwielbiał łowy.
Człowiek postawny, zdatny na opata.
A wiele jego stajnia przebogata
Silnych i rączych przechowuje koni.
Uprząż ich czysto tak na wietrze dzwoni
I głośno przy tym niczym dzwon w kaplicy.
W tej, gdzie był pan ów władał okolicy,
Tam Benedykta, Maurycego prawa
Stare już były, a treść nieciekawa:
Mnich te przeżytki zostawił na boku,
Nowym zasadom dotrzymując kroku.
On złamanego by nie dał szeląga,
Słysząc, że połów świętości urąga
Albo że mnich, co był zażył swobody,
Jest niczym ryba wyciągnięta z wody
(Chodzi o mnicha, co klasztor opuścił).
On funta kłaków by nie dał. A juści!

General Prologue (Canterbury Tales)
by Geoffrey Chaucer
excerpt

Whan that Aprill, with his shoures soote
The droghte of March hath perced to the roote
And bathed every veyne in swich licour,
Of which vertu engendred is the flour;
Whan Zephirus eek with his sweete breeth
Inspired hath in every holt and heeth
The tendre croppes, and the yonge sonne
Hath in the Ram his halfe cours yronne,
And smale foweles maken melodye,
That slepen al the nyght with open yë
(So priketh hem Nature in hir corages);
Thanne longen folk to goon on pilgrimages
And palmeres for to seken straunge strondes
To ferne halwes, kowthe in sondry londes;
And specially from every shires ende
Of Engelond, to Caunterbury they wende,
The hooly blisful martir for to seke
That hem hath holpen, whan that they were seeke.

Bifil that in that seson, on a day,
In Southwerk at the Tabard as I lay
Redy to wenden on my pilgrymage
To Caunterbury with ful devout corage,
At nyght was come into that hostelrye
Wel nyne and twenty in a compaignye
Of sondry folk, by aventure yfalle
In felaweshipe, and pilgrimes were they alle,
That toward Caunterbury wolden ryde.
The chambres and the stables weren wyde,
And wel we weren esed atte beste;
And shortly, whan the sonne was to reste,
So hadde I spoken with hem everichon
That I was of hir felaweshipe anon,
And made forward erly for to ryse
To take our wey, ther as I yow devyse.

But nathelees, whil I have tyme and space,
Er that I ferther in this tale pace,
Me thynketh it acordaunt to resoun
To telle yow al the condicioun
Of ech of hem, so as it semed me,
And whiche they weren, and of what degree,
And eek in what array that they were inne;
And at a knyght than wol I first bigynne.

A KNYGHT ther was, and that a worthy man,
That fro the tyme that he first bigan
To riden out, he loved chivalrie,
Trouthe and honour, fredom and curteisie.
Ful worthy was he in his lordes werre,
And therto hadde he riden, no man ferre,
As wel in cristendom as in hethenesse,
And evere honoured for his worthynesse.
At Alisaundre he was, whan it was wonne.
Ful ofte tyme he hadde the bord bigonne
Aboven alle nacions in Pruce;
In Lettow hadde he reysed, and in Ruce,
No Cristen man so ofte of his degree.
In Gernade at the seege eek hadde he be
Of Algezir, and riden in Belmarye.
At Lyeys was he and at Satalye,
Whan they were wonne; and in the Grete See
At many a noble armee hadde he be.
At mortal batailles hadde he been fiftene,
And foughten for oure feith at Tramyssene
In lystes thries, and ay slayn his foo.
This ilke worthy knyght hadde been also
Somtyme with the lord of Palatye
Agayn another hethen in Turkye.
And everemoore he hadde a sovereyn prys;
And though that he were worthy, he was wys,
And of his port as meeke as is a mayde.
He nevere yet no vileynye ne sayde
In al his lyf unto no maner wight.
He was a verray, parfit gentil knyght.
But, for to tellen yow of his array,
His hors were goode, but he was nat gay.
Of fustian he wered a gypon
Al bismotered with his habergeoun,
For he was late ycome from his viage,
And wente for to doon his pilgrymage.

With hym ther was his sone, a yong SQUIER,
A lovyere and a lusty bacheler;
With lokkes crulle, as they were leyd in presse.
Of twenty yeer of age he was, I gesse.
Of his stature he was of evene lengthe,
And wonderly delyvere, and of greet strengthe.
And he hadde been somtyme in chyvachie
In Flaundres, in Artoys, and Pycardie,
And born hym weel, as of so litel space,
In hope to stonden in his lady grace.
Embrouded was he, as it were a meede,
Al ful of fresshe floures, whyte and reede;
Syngynge he was, or floytynge, al the day,
He was as fressh as is the monthe of May.
Short was his gowne, with sleves longe and wyde.
Wel koude he sitte on hors, and faire ryde.
He koude songes make, and wel endite,
Juste, and eek daunce, and weel purtreye and write.
So hoote he lovede, that by nyghtertale
He slepte namoore than dooth a nyghtyngale.
Curteis he was, lowely, and servysable,
And carf biforn his fader at the table.

A YEMAN hadde he and servantz namo
At that tyme, for hym liste ride soo;
And he was clad in cote and hood of grene.
A sheef of pecok arwes, bright and kene
Under his belt he bar ful thriftily,
(Wel koude he dresse his takel yemanly:
Hise arwes drouped noght with fetheres lowe)
And in his hand he baar a myghty bowe.
A not heed hadde he, with a broun visage,
Of woodecraft wel koude he al the usage.
Upon his arm he baar a gay bracer,
And by his syde a swerd and a bokeler,
And on that oother syde a gay daggere
Harneised wel and sharpe as point of spere.
A Cristopher on his brest of silver sheene.
An horn he bar, the bawdryk was of grene;
A forster was he, soothly, as I gesse.

Ther was also a Nonne, a PRIORESSE,
That of hir smylyng was ful symple and coy;
Hir gretteste ooth was but by Seinte Loy;
And she was cleped Madame Eglentyne.
Ful weel she soong the service dyvyne,
Entuned in hir nose ful semely,
And Frenssh she spak ful faire and fetisly,
After the scole of Stratford-atte-Bowe,
For Frenssh of Parys was to hir unknowe.
At mete wel ytaught was she with alle:
She leet no morsel from hir lippes falle,
Ne wette hir fyngres in hir sauce depe;
Wel koude she carie a morsel, and wel kepe
That no drope ne fille upon hir brist.
In curteisie was set ful muche hir list.
Hire over-lippe wyped she so clene
That in hir coppe ther was no ferthyng sene
Of grece, whan she dronken hadde hir draughte.
Ful semely after hir mete she raughte.
And sikerly, she was of greet desport,
And ful plesaunt, and amyable of port,
And peyned hir to countrefete cheere
Of court, and been estatlich of manere,
And to ben holden digne of reverence.
But, for to speken of hir conscience,
She was so charitable and so pitous
She wolde wepe, if that she saugh a mous
Kaught in a trappe, if it were deed or bledde.
Of smale houndes hadde she, that she fedde
With rosted flessh, or milk and wastel-breed.
But soore weep she if oon of hem were deed,
Or if men smoot it with a yerde smerte;
And al was conscience, and tendre herte.
Ful semyly hir wympul pynched was,
Hire nose tretys, hir eyen greye as glas,
Hir mouth ful smal, and therto softe and reed;
But sikerly she hadde a fair forheed;
It was almoost a spanne brood, I trowe;
For, hardily, she was nat undergrowe.
Ful fetys was hir cloke, as I was war;
Of smal coral aboute hir arm she bar
A peire of bedes, gauded al with grene,
An theron heng a brooch of gold ful sheene,
On which ther was first write a crowned A,
And after Amor vincit omnia.

Another NONNE with hir hadde she,
That was hire chapeleyne, and preestes thre.

A MONK ther was, a fair for the maistrie,
An outridere, that lovede venerie,
A manly man, to been an abbot able.
Ful many a deyntee hors hadde he in stable,
And whan he rood, men myghte his brydel heere
Gynglen in a whistlynge wynd als cleere
And eek as loude, as dooth the chapel belle.
Ther as this lord was keper of the celle,
The reule of Seint Maure, or of Seint Beneit,
By cause that it was old and somdel streit
This ilke Monk leet olde thynges pace,
And heeld after the newe world the space.
He yaf nat of that text a pulled hen,
That seith that hunters beth nat hooly men,
Ne that a monk, whan he is recchelees,
Is likned til a fissh that is waterlees,-
This is to seyn, a monk out of his cloystre
But thilke text heeld he nat worth an oystre;